Skoro Białoruś jest błękitnooka, to blog nie może być czarno-biały. Białoruski dziennik Michała Potockiego.
czwartek, 19 grudnia 2013

Uładzimier Niaklajeu19 grudnia upływają dokładnie trzy lata, odkąd władze postanowiły brutalnie zakończyć proces liberalizacji, a zarazem odwilży w relacjach z Zachodem, i spacyfikować powyborcze protesty opozycji. Dzisiaj pokrótce przyjrzymy się powyborczym losom dziesięciu ówczesnych kandydatów na prezydenta. Ich życiorysy to pełne spektrum losów Białorusinów. Kolejność alfabetyczna.

Wiktar Ciareszczanka od początku był uznawany za łukaszenkowskiego sparingpartnera. Tacy ludzie startują na wypadek, gdyby kandydaci opozycji się wycofali z głosowania, żeby nie pozostawić prezydenta w charakterze jedynego kandydata i dać złudzenie wyboru. Dawniej tradycyjnym sparingpartnerem był szef liberalnych demokratów Siarhiej Hajdukiewicz. W trakcie kampanii wyborczej Ciareszczanka, szef rady Stowarzyszenia Małej i Średniej Przedsiębiorczości, specjalnie władz nie krytykował. W Płoszczy, jak na Białorusi nazywa się tego typu protesty, udziału nie brał, po wyborach za to publicznie się od niej odciął. Stanowisko zachował.

Ryhor Kastusiou, wówczas i obecnie wicelider prawicowej Partii BNF, jako jedyny z kandydatów opozycji nie został poddany większym represjom po wyborach (trafił do aresztu w noc wyborczą, jednak szybko został wypuszczony). Kastusiou prowadził dość umiarkowaną kampanię, po wyborach delikatnie odciął się od incydentu pod siedzibą rządu (według jednych – sprowokowanego przez specsłużby, według innych – małe grono zbyt krewkich protestujących), gdy w gmachu rozbito kilka szyb.

Alaksandar Łukaszenka pozostał prezydentem państwa.

Aleś Michalewicz pozycjonował się jako kandydat środka, gotowy do rozmów z władzami. Nie brał udziału w organizowaniu Płoszczy, choć przyszedł na nią jako szeregowy uczestnik. Mimo to został poddany represjom. Przez miesiąc siedział w areszcie KDB, torturowany podpisał deklarację o współpracy ze służbami. W lutym 2011 r., po wyjściu na wolność (miał odpowiadać z wolnej stopy), ujawnił całą sprawę na konferencji prasowej, po czym uciekł z kraju. Obecnie pracuje w prywatnej firmie w Polsce. Na Białorusi wciąż grozi mu więzienie.

Uładzimier Niaklajeu (na zdjęciu powyżej) został pobity do nieprzytomności 19 grudnia jako pierwszy, jeszcze przed zamknięciem urn do głosowania, po czym został porwany ze szpitala, ludzie po cywilnemu wyciągnęli go na kołdrze. Przez kilka dni nikt nie wiedział, gdzie jest. Ostatecznie poeta i lider ruchu Mów Prawdę! znalazł się w areszcie domowym. Skazany na dwa lata więzienia z warunkowym odroczeniem kary. Kontynuuje działalność polityczną.

Jarasłau Ramanczuk, liberalny ekonomista, wiceszef Zjednoczonej Partii Obywatelskiej, złamany przez służby, nazajutrz po wyborach wystąpił z kompromitującym oświadczeniem potępiającym kolegów z opozycji. W rezultacie został wyrzucony z partii i przez wielu okrzyknięty zdrajcą. Dzisiaj nie uczestniczy w polityce, skupia się na działalności naukowej i publicystycznej. Pozostaje szefem białoruskiego Centrum im. Ludwiga von Misesa.

Wital Rymaszeuski, wiceszef niezarejestrowanej Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji. Podobnie jak Niaklajeu, pewien czas spędził w areszcie, po czym dostał dwa lata z warunkowym odroczeniem kary.

Andrej Sańnikau, lider Europejskiej Białorusi i najpopularniejszy wówczas polityk opozycyjny. Także dlatego ten były wiceszef MSZ, doświadczony dyplomata, dostał jeden z najcięższych wyroków: pięć lat bezwzględnego więzienia. Za kratkami torturowany, ostatecznie podpisał prośbę do Łukaszenki o ułaskawienie. Na wolność z łagru wyszedł 14 kwietnia 2012 roku. Wyjechał z kraju, mieszka między Londynem a Warszawą.

Mikoła Statkiewicz, najdzielniejszy z dzielnych. Kandydat jednej z kilku partii socjaldemokratycznych, dawny wojskowy. Mimo brutalnych nacisków nigdy nie podpisał prośby o ułaskawienie. Nie dał złamać, zresztą już wcześniej dał się poznać jako jeden z najtwardszych fighterów opozycji. Wciąż odsiaduje wyrok sześciu lat łagru.

Dźmitry Wus, wcześniej człowiek zupełnie nieznany, pozbawiony charyzmy prywatny przedsiębiorca, także przez opozycję traktowany z przymrużeniem oka. Szacunek zdobył postawą podczas procesu, dostał pięć i pół roku więzienia, wyszedł na wolność 1 października 2011 roku. Pokazowa zemsta na przedstawicielu biznesu. Biznes ma być lojalny, a nie bawić się w opozycję.

Grudniowe wydarzenia złamały opozycji kręgosłup, wielu działaczy wyemigrowało, inni zrezygnowali z działalności politycznej. Apatia społeczne jeszcze bardziej wzrosła, rozczarowanie było ogromne. Opozycja skupiła się na pomocy więźniom politycznym, dekabrystom, których liczba przejściowo wzrosła do kilkudziesięciu. Do dzisiaj Białoruś odczuwa skutki 19 grudnia, w postaci zamrożenia relacji z Zachodem (obecnie stopniowo są odnawiane) i dwóch dekabrystów wciąż pozostających w łagrach (Statkiewicz i działacz Młodego Frontu Eduard Łobau).

Poniżej można obejrzeć bardzo dobry film Kaciaryny Kibalczycz o Płoszczy 2010 roku. Białoruskie marzenie z polskimi napisami.


Fot. alaksiej.lavoncyk, Wikimedia Commons (Creative Commons Attribution 3.0 Unported).

poniedziałek, 25 listopada 2013

BarysaudreuNews nie jest może najświeższy, bo ubiegłotygodniowa rozmowa z ministrem Uładzimierem Makiejem opóźniła nieco niniejszą notkę. Ale z drugiej strony historia dotychczasowego gubernatora obwodu mińskiego Barysa Batury jest dobrą ilustracją dwóch charakterystycznych zjawisk: karuzeli stanowisk i dziwacznych okoliczności, w jakich niekiedy urzędnikom przedstawia się dymisje. A było to tak...

Batura z Alaksandrem Łukaszenką wybrali się z gospodarską wizytą po obwodzie. W trakcie wizytacji prezydent, łamiąc ustalony scenariusz, postanowił wpaść do przedsiębiorstwa Barysaudreu, zajmującego się obróbką drewna. To ta sama fabryka, w której nie tak dawno prezydent zakazał robotnikom zwalniania się z pracy. Ponieważ tym razem niezapowiedziana kontrola faktycznie była niezapowiedziana, prezydencka delegacja zastała na miejscu typowy, sowiecki bałagan: jakieś zrujnowane zabudowania, walające się śmieci itp. Nasza Niwa opisuje to tak (tym razem bez linka, bo to tekst z wydania papierowego):

(Łukaszenka – red.) krzyczał, że na jego przyjazdy robi się wioski potiomkinowskie. Oho, bo to niby pierwszy raz. Ja się przejdę po tym błocie, ale wy tu zostaniecie na zawsze. Szef mińskiego abłwykankamu był jedynym, kto próbował jakoś odpowiedzieć Łukaszence. Po prostu nie zdążyli – mówił. A kiedy szef państwa zaczął uczyć, jak trzeba było pracować, Batura odpowiedział: Tak się nie robi, Alaksandrze Ryhorawiczu. Możliwe że za to pożegnał się z posadą. Barysa Baturę zwolnić z zajmowanego stanowiska i skierować tutaj na dyrektora – powiedział Łukaszenka. Batura opuścił wzrok. A jeśli w ciągu trzech dni nie przyjdzie do pracy, wszcząć wobec niego sprawę kryminalną – kontynuował białoruski przywódca.

Jednego dnia jest się więc wojewodą, a drugiego idzie się na dyrektora w tartaku (no, powiedzmy, że akurat Barysaudreu to coś więcej niż zwykły tartak). Pamiętacie tę scenę z Poszukiwanego, poszukiwanej?


Jakże typowa dla okresu PRL karuzela stanowisk na poziomie kierowniczym ostała się wciąż na Białorusi. Batura nie jest politykiem, na Białorusi jedynym politykiem jest prezydent, a cała reszta elity to urzędnicy. W związku z tym nie ma większego znaczenia, kto czym kieruje. Sam Batura powiedział kiedyś:

Niczego nie planuję. U nas wszystko planuje prezydent.

I to właśnie prezydent zaplanował całą ścieżkę kariery. Batura jest dziś dyrektorem zakładu przeróbki drewna, wcześniej był gubernatorem dwóch obwodów (mińskiego i mohylewskiego), ministrem gospodarki komunalnej (bardzo długo, w latach 1987–1999), przedstawicielem skarbu państwa w Biełbiznesbanku, członkiem komitetu olimpijskiego, szefem Białoruskiej Federacji Siatkarskiej oraz przewodniczącym senatu.

To i tak niewiele. Wicepremier Piotr Prakapowicz, niegdyś szef banku centralnego, zajmuje naraz aż 20 państwowych posad. Jest m.in. współkierownikiem Rady Zapobiegania Bankructwu, kieruje licznymi rządowymi komisjami, jest przedstawicielem państwa w kilku organizacjach międzynarodowych i szefem federacji wioślarskiej. To już białoruska tradycja, że przedstawiciele państwa stoją na czele federacji sportowych. Oczywiście żadne międzynarodowe instytucje mieszania się państwa do sportu w tym nie widzą.

I ostatnia kwestia: dziwne okoliczności dymisji. Batura pewnie nie spodziewał się wychodząc rano z domu, że wieczorem będzie pił herbatę jako były gubernator. Ale nie było to z pewnością nieprzewidywalne zakończenie. Łukaszenka jest znany z impulsywnego rozdzielana dymisji. Andrzej Poczobut w Systemie Białoruś (Helion, Gliwice 2013) w ten sposób pisał o okolicznościach zwolnienia w 2009 roku ministra obrony Leanida Malcaua:

Prezydent i minister obrony razem zjawili się na jubileuszu Mińskiego Instytutu Pedagogicznego. Po wystąpieniu ministra Łukaszenka niespodziewanie zabrał głos i oznajmił zdumionym gościom, że występował przed nimi były minister obrony. Łukaszenka stwierdził że Malcau przemawiał będąc pijanym i dlatego został zdymisjonowany. Malcau nie próbował się bronić.

Aha, dymisja Batury zbiegła się ze zmianą pracy Malcaua. Teraz generał będzie dowodził pogranicznikami, zamiast jak dotychczas sekretarzować w Radzie Bezpieczeństwa. Minister Makiej mówił mi tak:

Prezydent jest człowiekiem twardym w stosunku do tych, kto nie wypełnia obowiązków służbowych, łamie zasady, popełnia przestępstwa. Proszę uwierzyć, że on potem przeżywa, kiedy kogoś skrzyczy albo przedstawi mu jakieś pretensje. I szuka sposobu, by załagodzić sprawę.

Może i tak. A może permanentne zmienianie stanowisk podległym urzędnikom, zwłaszcza z resortów siłowych, to sposób na to, by nigdzie nie zagrzali miejsca i nie pobudowali sobie udzielnych księstw. Udzielny książę ma być bowiem jeden.

Fot. Barysaudreu.

środa, 20 listopada 2013

Uładzimier MakiejNa łamach Dziennika Gazety Prawnej opublikowałem dzisiaj rozmowę z białoruskim ministrem spraw zagranicznych Uładzimierem Makiejem. To pierwsza rozmowa z tak wysoko postawionym białoruskim urzędnikiem w polskich mediach co najmniej od czasu załamania relacji Mińska z Zachodem po 19 grudnia 2010 roku. A zarazem pierwsza rozmowa Makieja z zachodnią prasą, odkąd w ubiegłym roku przesiadł się z fotela szefa administracji prezydenta na krzesło szefa dyplomacji. Innymi słowy duża rzecz.

Link do pełnej wersji rozmowy w wersji polskiej (Dziennik.pl).
Спасылка на поўную беларускамоўную вэрсыю інтэрв'ю (Наша Ніва).
Ссылка на полную русскоязычную версию интервью (МИД РБ).

A ponieważ ministrowie dyplomacji, a już zwłaszcza z państw tego regionu świata, zazwyczaj wypowiadają się dość enigmatycznie, na blogu postaram się zwrócić uwagę na kluczowe, w moim rozumieniu, fragmenty rozmowy.

Oczekiwanie Białorusi jest proste: Zachód powinien przestać wtrącać się w polityczny ład nad Świsłoczą, a zatem nie nazywać Mińsk dyktaturą, nie krytykować za łamanie zasad demokracji, nie upominać się o więźniów politycznych, a przede wszystkim zdjąć z Mińska przywrócone po 2010 roku sankcje:

Oczywiście (więźniowie polityczni – red.) to przeszkoda w odnawianiu dialogu z UE, skoro UE przedstawia tę kwestię jako główne oczekiwanie pod naszym adresem. My uważamy zaś, że główny problem polega na tym, że wprowadzono wobec nas sankcje. Skoro nie potrafimy dzisiaj rozwiązać obu tych problemów, choć w bliskiej przyszłości powinniśmy je rozwiązać, pracujmy wspólnie w tych sferach, gdzie jest to możliwe.

Bez ustępstw politycznych nie ma mowy ani o ratyfikowaniu umowy o małym ruchu granicznym, ani też o rozwiązaniu sprawy podziału Związku Polaków na Białorusi na popierany przez Warszawę i popierany przez Mińsk. Są jednak również takie kwestie, o których możemy rozmawiać już dzisiaj.

Pierwsza sprawa to ochrona granicy z Polską przed zalewem nielegalnych imigrantów. Białoruskie władze po ochłodzeniu relacji z Zachodem zasugerowały, by pogranicznicy mniej gorliwie traktowały kwestię pilnowania granic. W efekcie nasza straż graniczna ma znacznie więcej pracy. Oto, co w tej sprawie zadeklarował minister Makiej:

Nie powiedziałbym, że zmiękczyliśmy reżim graniczny, to nieprawda. Ale Białoruś bierze na siebie ogromne zobowiązania finansowe związane z ochroną granic. Nie jest tajemnicą, że liczba migrantów chcących przez Białoruś dostać się do UE szybko rośnie. Zatrzymujemy setki, a czasem nawet tysiące ludzi miesięcznie. Nasz wkład w zapewnienie Europie bezpieczeństwa od handlarzy ludźmi czy przewoźników narkotyków jest znaczny. Nie chciałbym się zajmować wzajemnymi oskarżeniami. Poprosiłbym za to pograniczników z obu stron, by zasiedli do rozmów na temat, jak lepiej zabezpieczyć granicę.

A zatem możemy rozmawiać, o ile Unia pomoże finansować ochronę granic. Sprawa jak najbardziej do przedyskutowania, zwłaszcza że w ramach Partnerstwa Wschodniego są instrumenty służące modernizacji infrastruktury granicznej, z których zresztą Białoruś już korzystała.

Druga sprawa to białoruska lista katyńska. Mińsk do tej pory twierdził, że nic takiego w jego archiwach nie istnieje. Tymczasem jednak wciąż żyją małżonkowie i dzieci Polaków pomordowanych na obszarze dzisiejszej Białorusi w czasach stalinowskich. Warszawa ma moralny obowiązek, by zrobić wszystko, żeby ci ludzie poznali miejsce kaźni ich bliskich. Zapytałem ministra, czy widziałby szansę na utworzenie komisji historyków, która spróbowałaby wspólnie poszperać w białoruskich archiwach. W końcu Białorusini również padali ofiarą stalinowskich siepaczy, a niepodległa Białoruś za zbrodnie lat sowieckich nie odpowiada.

Biorąc pod uwagę wrażliwość tej kwestii, przypomnę, że prezydent Białorusi kilka lat temu wydał polecenie przeanalizowania archiwów pod tym kątem. W naszych archiwach listy katyńskiej nie ma. Z drugiej strony w Niemczech odnaleziono właśnie obrazy zrabowane z Polski. Może więc i ta lista gdzieś się zapodziała. Współpraca uniwersytetów, połączona z badaniem naszego wspólnego dziedzictwa historycznego, w tym wrażliwych elementów naszej historii, jest jak najbardziej do pomyślenia. Najważniejsze, by nie mieszać historii z polityką. Nie odrzuciłbym takiej propozycji, gdyby się pojawiła.

Czyli listy katyńskiej nie mamy, ale kto wie, czy nie moglibyśmy jej poszukać, a może i znaleźć, o ile powstaną ku temu odpowiednie warunki. Kolejny ruch należy więc do naszej dyplomacji: warto pójść tropem tych słów Uładzimiera Makieja. Zgodnie z prawem międzynarodowym każda publiczna deklaracja szefa dyplomacji tworzy zobowiązanie. Polska powinna zatem wybadać, na jakich warunkach Mińsk mógłby się zgodzić na powstanie takiej komisji. Coś za coś, jak w biznesie.

Trzecia kwestia to polskie inwestycje na Białorusi. Oczywiście w tamtejszych warunkach wszystko i tak zależy od najwyższego szczebla politycznego i poziomu naszych wzajemnych relacji. Bez odwilży na otwarte na oścież drzwi dla naszego biznesu liczyć nie możemy. Ale wczytajmy się uważnie w te dwa zdania:

Jesteśmy gotowi, by sprzyjać wspólnym projektom. Niestety, przez ostatnie dwa, trzy lata instytucjonalne formy współpracy gospodarczej nie działają tak, jak byśmy chcieli.

Czyli mogłyby działać lepiej. A formy współpracy, o których mówi Makiej, to np. wspólne komisje działające w ramach resortów gospodarki obu państw. Kolejny trop do podjęcia. Czy Warszawie uda się je podjąć i wykorzystać dla dobra naszych własnych interesów, zobaczymy. Ja na pewno będę tę kwestię śledził.

Fot. Ministerstwa Zamieżnych Sprawau Respubliki Biełaruś.

wtorek, 05 listopada 2013

Biełaruskaja AESRosyjski Atomstrojeksport już formalnie może zaczynać budowę elektrowni atomowej pod białoruskim Ostrowcem. Stosowny dekret w tej sprawie podpisał 2 listopada prezydent Alaksandar Łukaszenka. Co ciekawe, akt prawny daje Rosjanom całkowite carte blanche. Firma nie będzie odpowiadać nawet za straty przez siebie wywołane.

Kontekst do znalezienia tutaj. Elektrownia ma powstać tuż przy granicy z Litwą. Pierwszy blok ruszy w 2018 roku, drugi być może już dwa lata później. Siłownia ma powstać – zgodnie ze słowami prezydenta – możliwie jak najtańszym kosztem, mimo że dwa kredyty na ten cel, warte w sumie równowartość 9,5 mld dolarów, i tak zagwarantowała Rosja.

Na miejscu budowy, 200 km od granic z Polską, między wioskami Bobrowniki i Awieny w obwodzie grodzieńskim, do tej pory prowadzono prace przygotowawcze. Teraz może ruszyć budowa. A oto i wywoływany w leadzie najciekawszy przepis prezydenckiego dekretu nr 499 (całość w języku rosyjskim: tutaj), pkt 3.1:

(Postanawiam zwolnić – aut.) zamawiającego (formalnie jest nim specjalnie do teho celu utworzone przedsiębiorstwo Dyrekcyja Budaunictwa Atamnaj Elektrastancyi – aut.) od konieczności pokrycia strat w produkcji rolnej lub leśnej, spowodowanych przejęciem lub czasowym zajęciem terenów rolnych lub leśnych w związku z budową elektrowni atomowej.

Innymi słowy ani DBAE, ani wykonawca Atomstrojeksport nie muszą się już przejmować, jakie szkody wywołają podczas budowy okolicznym obszarom. Jeden problem z głowy. Z dekretu nie wynika, czy w związku z powyższym ewentualni poszkodowani będą mogli się ubiegać o odszkodowania od państwa białoruskiego. Teoretycznie powinni móc się o to starać. Ale teoria i praktyka to dwie różne rzeczy.

Fot. Dyrekcyja Budaunictwa Atamnaj Elektrastancyi.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Flag Counter Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...