Skoro Białoruś jest błękitnooka, to blog nie może być czarno-biały. Białoruski dziennik Michała Potockiego.
wtorek, 29 października 2013

Focus HistoriaCzłowiek, który wedle oficjalnej wersji wydarzeń niemal dokładnie 50 lat temu oddał śmiertelny strzał w stronę prezydenta USA Johna Kennedy'ego, przez prawie trzy lata mieszkał w Mińsku. O tym, co Lee Harvey Oswald tam robił, gdzie mieszkał, jak żył, w jakich okolicznościach poznał żonę i czy w ogóle cieszył się powodzeniem u Białorusinek, możecie przeczytać w najnowszym numerze miesięcznika Focus Historia. Magazyn opublikował moją rozmowę z dyrektorem Radyja Swaboda, autorem książki Śled matylka. Oswald u Miensku Alaksandrem Łukaszukiem. Zapraszam do kiosków :).

Dzisiaj na zaostrzenie apetytu kilka smaczków. O tym, dlaczego w ogóle młody Amerykanin w samym środku zimnej wojny trafił do Związku Sowieckiego:

Motywowała go ideologia. Jako nastolatek Lee zbliżył się do idei całkowitego sprzeciwu wobec amerykańskich porządków. A alternatywa była jasna: albo Ameryka i kapitalizm, albo ZSRR i komunizm (...). W pewnym momencie zaczął przygotowania do wyjazdu, nic nikomu nie mówiąc, nawet bratu czy matce. Kupił bilety na statek i popłynął do Europy. Przez Francję i Wielką Brytanię trafił do Finlandii. Tam wykupił pięciodniową wycieczkę do ZSRR i na turystycznej wizie przyjechał do Moskwy w październiku 1959 roku.

O znajomości ze Stanisłauem Szuszkiewiczem, późniejszym przywódcą niepodległej Białorusi, który uczył go rosyjskiego:

Stanisłau Szuszkiewicz był wówczas fizykiem pracującym w Akademii Nauk, a jeden z jego projektów badawczych był realizowany w laboratorium Haryzontu. Od sekretarza organizacji partyjnej w fabryce otrzymał zadanie poduczenia Oswalda rosyjskiego. Szuszkiewicz miał wyższe wykształcenie, znał się na pracy, którą Amerykanin miał wykonywać, a nawet trochę rozumiał po angielsku. Przy okazji polecono mu, by nie nawiązywać z Oswaldem prywatnych rozmów, tylko skupić się na tematach zawodowych.

O pracy, jakiej przysparzał funkcjonariuszom KGB:

Czasem zresztą ogłaszano alarm, np. gdy kupił sobie broń, a akurat zbiegło się to z wizytą Chruszczowa w Mińsku. Utworzono specjalną grupę, która chodziła za nim krok w krok, zachowały się raporty z wizyt Oswalda w sklepach spożywczych. Służby analizowały jego listy, pisały raporty na jego temat. Gdy zamieszkał z żoną, zainstalowano mu w mieszkaniu system podsłuchowy, a nawet kamery (...). KGB drobiazgowo go rozpracowywał, przy czym nigdy nie postawiono sobie zadania zwerbowania go. Raczej trzeba było się dowiedzieć, kim on jest.

Więcej nie mogę napisać, zapraszam do kiosków. Mogę się za to podzielić czymś od siebie. Oswald mieszkał w prestiżowym miejscu białoruskiej stolicy, w domu na skrzyżowaniu centralnej osi Mińska, praspektu Niezależnaści (w trakcie jego pobytu przemianowanego z praspektu Stalina na Leninski praspekt), i wul. Kamunistycznej.

Parę lat temu przez kilka dni pomieszkiwałem w sąsiednim budynku – to samo podwórko, ale inny adres. Można było się przez chwilę poczuć jak inwigilowany Oswald; ponieważ w tej samej okolicy przy okazji wyborów mieszkało tymczasowo (jak się później dowiedziałem) kilku ważnych działaczy Młodego Frontu, na podwórku dzień i noc dyżurowała nieoznakowana nyska ze smutnymi panami w środku. Oto miński dom Oswalda:

Dom Oswalda

Po drugiej strony ulicy znajduje się drewniany domek, w którym w 1898 roku odbył się pierwszy zjazd Rosyjskiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej, po latach przekształconej w komunistyczną. Autentyczny dom spalił się w czasie wojny, dzisiejsza wersja pochodzi z 1948 roku:

Dom I Zjazdu RSDRP

Za domkiem jest sporych rozmiarów park, przez który przepływa rzeka Świsłocz. Gdyby pójść w drugą stronę, po kilkuset metrach dochodzimy do stacji metra, niedaleko było też kino Mir, w którym Oswald był częstym gościem. Do pracy również daleko nie miał. Do fabryki sprzętu RTV/AGD Haryzont przy wul. Kujbyszewa jest raptem kilkanaście minut spacerem:

Haryzont

Fot. Facebook/F.Historia, Michał Potocki (x3).

poniedziałek, 21 października 2013

MFWPo urlopowej przerwie rozpoczynamy nadrabianie zaległości. Jeszcze w tym miesiącu do Mińska przyjadą dwie ważne delegacje. Pierwsza ważna delegacja będzie mówiła po rosyjsku, bo przybędzie w imieniu Funduszu Antykryzysowego Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej. Druga ważna delegacja raczej nie będzie znała rosyjskiego, gdyż wyśle ją Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Białoruś wolałaby, żeby to MFW przyznał jej pieniądze. W tym celu władze rozpoczęły liberalną ofensywę w retoryce. Pisałem o tym pod koniec poprzedniego tygodnia na łamach Dziennika Gazety Prawnej.

Współpraca z waszyngtońską instytucją to dla Mińska nie pierwszyzna. W latach 2009–2010 Białoruś otrzymała z tego źródła 3,5 mld dol., realizując przy tym wiele reform. Uproszczono wówczas procedury celne, obniżono podatki, ułatwiono rejestrację firm. Obietnice słychać również teraz. Wiceminister gospodarki Dźmitry Hołuchau, należący do grona młodych, wykształconych technokratów (37-latek to jeden z młodych, zdolnych, prezydenckich, o których pisałem tutaj – aut.), mówił m.in. o przestawieniu priorytetów firm państwowych z ilości na jakość produkcji. Byłaby to rewolucja, bo do tej pory przemysłowe molochy pracowały według sowieckiej reguły „im więcej, tym lepiej”.

Innymi słowy dwie wadliwie działające nowe lodówki są w statystykach więcej warte niż jedna solidna. Równolegle władze ogłosiły listę 85 firm przeznaczonych do prywatyzacji, m.in. rafinerii w Mozyrzu i zakładów maszynowych BATE, właściciela klubu piłkarskiego o tej samej nazwie. Do tej pory jednak z braku zachodnich inwestorów kampanie prywatyzacyjne kończyły się fiaskiem. W 2012 r. zamiast zakładanych 2,5 mld dol. pozyskano z tego tytułu jedynie 3,2 mln dol. (1,3 proc. planu).

Nic nie wskazuje na razie na to, by przynajmniej w kwestii prywatyzacji cokolwiek się zmieniło. Z tych samych przyczyn, co zwykle. Zachodni inwestorzy nie pchają się drzwiami i oknami do kraju, w którym przybyszom może grozić nacjonalizacja, jeśli tylko Alaksandar Łukaszenka uzna, że jakaś fabryka (np. cukierków) to sektor strategiczny. Co więcej, procedury podejmowania decyzji gospodarczych są uznaniowe, najprostsze sprawy trzeba często załatwiać na najwyższym szczeblu politycznym.

Inna sprawa, że MFW lubi stawiać nieformalne żądania polityczne. Co prawda niedawno pełną wolność odzyskał lider chadecji Pawał Siewiaryniec, któremu skończył się wyrok tzw. chemii, czyli zesłania na wieś z obowiązkiem pracy, ale za kratkami wciąż pozostaje dziewięć osób uznawanych przez organizacje obrony praw człowieka za więźniów politycznych. Kwestie polityczne mogą, choć nie muszą, przeszkodzić Białorusi w staraniach o kredyt. Wszystko zależy od postępów jakby spowolnionych ostatnio dążeń ku odwilży.

A po co Białorusi pieniądze? Odsyłam do tekstu w DGP i gospodarczych notek na blogu :).

Fot. Wikipedia.

sobota, 28 września 2013

Dożynki 2013Od piątku stolicą Białorusi jest 76-tysięczny Żłobin w obwodzie homelskim. W mieście odbywają się właśnie centralne dożynki. To jedno z najważniejszych świąt w kalendarzu państwowym Białorusi. Dość powiedzieć, że przed obchodami nad wyglądem Żłobina pracowały 2 tys. specjalnie ściągniętych robotników.

Dzisiaj na Respublikanski fiestywal-kirmasz pracaunikou wioski Dażynki-2013, bo tak brzmi jego nazwa oficjalna, przyjedzie prezydent Alaksandar Łukaszenka. Zostaną też wręczone nagrody, np. dla najlepszego kombajnisty w minionej kampanii żniwnej. W najnowszym wydaniu prezydenckiej gazety Sowietskaja Biełorussija. Biełaruś siegodnia złoty medalista będzie gwiazdą numeru.

Zanim jednak do Żłobina, do tej pory znanego jako stolica białoruskich metalurgów, a nie rolnictwa, przyjechał szef państwa, miasto trzeba było przygotować. W ciągu pół roku kosztem około 1 bln rubli (350 mln złotych) osuszono bagna, wybudowano na nich kompleks rozrywkowy, wyremontowano chodniki, postawiono nowy hotel, a nawet wybielono pomnik Władimira Lenina. W sumie 2 tys. ściągniętych z całego obwodu robotników zmodernizowały, wyremontowały lub zbudowały od zera 164 najróżniejszych obiektów. Na stronie gazety Salidarnasć można zobaczyć zdjęcia sprzed miesiąca, gdy roboty szły pełną parą.

Opozycja śmieje się, że to typowa pokazucha. Rzeczywiście, w Żłobinie tuż przez dożynkami wyłapano bezpańskie psy, maskowano też najróżniejsze niedoróbki. Jedna z opuszczonych budów (w postaci szkieletu budynku) została np. otoczona wysokim, acz kolorowym płotem. A jak pokazuje historia za kilka miesięcy kładziona w pośpiechu kostka chodnikowa zacznie się pewnie kruszyć, gdzieniegdzie odpadnie także tynk z odnowionych fasad. Trudno jednak zaprzeczyć, że na miasta, które otrzymują prawo organizacji republikańskich dożynek, co roku spada strumień pieniędzy na nowe inwestycje, z których część będzie służyć mieszkańcom przez całe lata. Choćby podłączenia miasta do sieci kolejowej.

Same dożynki to gigantycznych rozmiarów festyn. W tym roku stragany mają łączną długość 5 km. Można dostać wszelkie wytwory białoruskiej wsi – zabawki, produkty żywnościowe, alkohol, sztukę ludową. Przewidziano zawody, np. w rąbaniu drewna na czas czy zaprzęganiu konia. Odbędzie się piłkarski turniej o nagrodę Złotego Kłosa i wybory miss dożynek. Będzie święto piwa i występy ludowe. A na koniec przemówi prezydent, a jego słowa na żywo doniesie do miast i wsi całego kraju państwowa telewizja. Wszystko po to, aby – jak specyficznie podkreślał rangę święta urodzaju wicepremier Michaił RusyBóg stale żył na Białorusi. Poniżej materiał z pierwszego dnia dożynek, wyemitowany w wiadomościach kanału ANT.


Na dożynki przez pół roku szykuje się cały kraj. W dość specyficzny sposób przygotował się tym razem koncern Biełdziarżcharczpram, grupujący liczne zakłady produkujące m.in. słodycze. Takie jak znacjonalizowane niedawno fabryki cukierków Kamunarka i Spartak, o których pisałem tutaj (Łukaszenka: Ile by nie kosztowały nasze słodycze, ojciec i matka i tak je dziecku kupią. A to znaczy, że to są przedsiębiorstwa o znaczeniu strategicznym). Oto, co powiedział dyrektor Biełdziarżcharczpramu Alaksandar Zabieła w rozmowie z państwową Biełorusską niwą:

Pod koniec września pracownicy wsi będą świętować dożynki i szczycić się swoimi najlepszymi przedstawicielami, tymi, którzy wnieśli istotny wkład we wspólny urodzaj. Spartak przygotował własny prezent: białoruski odpowiednik Marsa i Snickersa, batoniki z nugatu.

Innymi słowy dyrektor ważnego państwowego przedsiębiorstwa wprost przyznaje, że jego ludzie pracują nad wyrobem, który ma udawać importowane hity z Zachodu. Trochę trąci piractwem, prawda?


Nawet jeśli, to i tak nie byłby pierwszy raz. 18 września na łamach Dziennika Gazety Prawnej przypominałem inne podobne przypadki:

Przed piłkarskimi mistrzostwami świata w 2002 r. telewizja państwowa BT postanowiła zaoszczędzić na prawach do transmisji. Mecz otwarcia Francja – Senegal (0:1) został spiratowany z rosyjskiej telewizji NTW, włącznie z głosem komentatora. Oczywiście zrobiła się afera, zwłaszcza że nieprzyjemne konsekwencje groziły także Bogu ducha winnym Rosjanom. Mińsk ostatecznie zapłacił za kolejne spotkania.

Telewizji zdarzały się też transmisje amerykańskich hitów filmowych ściągniętych z sieci za pośrednictwem torrentów. W 2011 r. furorę w sieci zrobiły kadry z pokazanego w BT dramatu The Hurt Locker. W pułapce wojny z podpisem „obraz przygotowany specjalnie dla...” – i tu nazwa jednej z rosyjskich stron z pirackimi filmami. Szczyt bezczelności osiągnęła jednak STW, także należąca do państwa. W 2010 r. pokazała ona cztery odcinki własnego serialu Tieorietiki, równie wiernej, co bezprawnej kopii znanej skądinąd Teorii wielkiego podrywu. Powtarzały się sceny, czołówka, a nawet imiona bohaterów. STW zdjęła serial, gdy część aktorów w obawie przed skandalem zerwała kontrakty.

Poniżej kilka kadrów z obu, powiedzmy, wersji serialu. Gratka dla fanów amerykańskiego oryginału :).

Fot. Homielskaja prauda.

czwartek, 26 września 2013

Zapad-2013Jedne z największych rosyjsko-białoruskich ćwiczeń wojskowych ostatnich lat, Zapad-2013, zakończone. Rosjanie wspólnie z sojusznikami tradycyjnie poćwiczyli zajmowanie państw bałtyckich z morza, lądu i powietrza. Sprawdzono stopień integracji obu państw. Na polu boju nasi wojskowi od dawna mówią jednym językiem – zapewniała nieco na wyrost rządowa Rossijskaja gazieta. Białorusini zaś po raz pierwszy wypróbowali na polu „walki” własnej produkcji drony.

Pierwszy ciekawy wątek to liczba żołnierzy. Początkowo obie strony zapewniały, że w manewrach w sumie weźmie udział 12,9 tys. żołnierzy. To liczba nieprzypadkowa; rzućmy okiem na podpisany na szczycie OBWE w Stambule Dokument Wiedeński 1999 r. o środkach budowy zaufania i bezpieczeństwa, a konkretnie jego punkt 47.4:

Opisywane powyżej działania (chodzi o ćwiczenia wojskowe – red.) podlegają obserwacji, jeśli liczba zaangażowanych żołnierzy dorównuje lub przekracza 13 tys. lub gdy liczba zaangażowanych czołgów dorównuje lub przekracza 300 (...).

Innymi słowy setka żołnierzy więcej i na Białoruś oraz do obwodu kaliningradzkiego obowiązkowo musieliby pojechać obserwatorzy z innych państw OBWE, w tym oczywiście członków NATO. Później okazało się jednak, że liczba 12,9 tys. dotyczy jedynie białoruskiej części ćwiczeń, tymczasem na terytorium Rosji oraz na Morzu Bałtyckim ćwiczyły kolejne tysiące. Agencja ITAR-TASS podała, że w manewrach wzięły jednak udział w sumie ponad 22 tys. wojennosłużaszczich. Do tego do Grodna na finisz ćwiczeń przyleciał prezydent Władimir Putin, a także przedstawiciele sojuszników: minister obrony Armenii Sejran Ohanjan i szef tadżyckiego odpowiednika BBN Abdurahim Kahhorow.

Mimo to nie były to wcale największe manewry ostatnich lat. W lipcu tego roku na Syberii Rosjanie zgromadzili 80 tys. wojskowych, a drugie tyle postawiono w stan gotowości bojowej. I to właśnie były największe ćwiczenia od rozpadu ZSRR. Jest się czego bać? Cóż, trudno zignorować fakt, że Moskwa wydaje obecnie na armię dwunastokrotnie więcej niż wydawała, gdy Putin dochodził na przełomie wieków do władzy. Trudno też zapomnieć 2008 rok, co zresztą przypominali bałtyccy politycy.

Bałtowie mają świeżo w pamięci wojnę w Gruzji, która zaczęła się tuż po zakończeniu manewrów „Kawkaz-2008”, w których wzięło udział 8 tys. żołnierzy. Tamte ćwiczenia były próbą generalną przed atakiem na południowego sąsiada.

– pisałem na inaugurację ćwiczeń na łamach Dziennika Gazety Prawnej. Minister obrony Litwy Juozas Olekas nie miał wątpliwości, że manewry i tym razem są wymierzone w sąsiadów, z kolei wiceszef sztabu estońskich sił zbrojnych ppłk Eero Rebo zauważył w rozmowie z Postimeesem, że zazwyczaj na potrzeby ćwiczeń nie przeprowadza się tak szeroko zakrojonej mobilizacji. Specjalista Ośrodka Studiów Wschodnich do spraw wojskowości Andrzej Wilk pisze z kolei tak:

Scenariusz i charakter ćwiczeń „Zachód 2013” nie pozostawiają wątpliwości, że rosyjsko-białoruskie zgrupowanie szkoli się w zakresie prowadzenia regularnych działań zbrojnych, a potencjalnym przeciwnikiem są graniczące z Rosją i Białorusią państwa NATO.

Ciekawe wnioski zawarło w raporcie, który wyciekł do mediów, ministerstwo obrony w Wilnie:

W czasie tych intensywnych przedsięwzięć wojskowych możliwe są zamierzone i niezamierzone naruszenia granicy państwowej i przestrzeni powietrznej Litwy, a także incydenty. Aktywność wojskowa Rosji na odcinku zachodnim jest oceniana jako demonstracja siły.

Czyli ostro. Tym bardziej, że równolegle w Osetii Południowej jest wytyczana w terenie granica z Gruzją, co z grubsza polega na tym, iż Osetyjczycy do spółki z Rosjanami rozciągają drut kolczasty wzdłuż linii demarkacyjnej, tu i ówdzie – nie zważając na protesty Tbilisi – umiejscawiając go już na terenie Gruzji właściwej, na co na forum ONZ skarżył się dzisiaj prezydent Micheil Saakaszwili.

O incydentach na razie nie słychać. W jutrzejszym wydaniu oficjalnego organu białoruskiego resortu obrony Wo sławu rodiny. Biełorusskaja wojennaja gazieta (a co, mamy i jutrzejsze gazety) można za to przeczytać obszerną ocenę ćwiczeń. Sporo insiderskich danych dla analityków wojskowości. Oto podczas ćwiczeń po raz pierwszy wypróbowano białoruskie drony typu Hryf-1 (ros. Grif-1). Bezzałogowy samolot waży 100 kg, może dodatkowo zabrać 30 kg ładunku i ma zasięg 100 km. Dron od 2011 roku był pokazywany na różnych wystawach wojskowych na świecie. Zbiera dobre oceny. Można go zobaczyć tutaj.

W skali kraju to jednak zabawka. Białoruska armia dobrze wygląda na paradach, ale jest niedoinwestowana, a wojskowi mieli poważne problemy, żeby wypełnić zobowiązania co do stanu liczbowego jednostek wykorzystywanych w ćwiczeniach z sojusznikiem. Sięgnięto nawet po rezerwistów. Dalej Andrzej Wilk:

Dla armii białoruskiej ćwiczenia „Zachód 2013” były największym przedsięwzięciem szkoleniowym od dwóch dekad. Bezpośrednio zaangażowano w nie czwartą część potencjału Sił Zbrojnych Białorusi. Biorąc pod uwagę niedostateczne finansowanie sfery wojskowej (wydatki rzędu 0,5 mld USD rocznie; dla porównania tegoroczne wydatki wojskowe Rosji przekraczają 70 mld USD, a Polski 9 mld USD) należy przyjąć, że w ćwiczeniach wzięła udział większość utrzymywanych w sprawności jednostek armii białoruskiej.

Mimo to ćwiczenia Zapad-2013 to swoiste memento także dla twórców naszego budżetu, że na własną armię skąpić nie wolno, a Fukuyamowski koniec historii nie do końca dotyczy naszego regionu. Przedstawiciele państw bałtyckich, co widać wyraźnie z ich ostatnich wypowiedzi, doskonale to rozumieją. Zdaje się, że Warszawa jest w tej kategorii nieco w tyle.

Fot. Pres-służba Prezidenta Respubliki Biełaruś.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Flag Counter Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...