Skoro Białoruś jest błękitnooka, to blog nie może być czarno-biały. Białoruski dziennik Michała Potockiego.
piątek, 20 września 2013

Porwane w SyriiPrzez miesiąc obywatelka Białorusi i jej mołdawska koleżanka przebywały w niewoli u syryjskich powstańców. Światłana Markijanowicz i Karina Colţa zdołały właśnie uciec. Ich historią mocno interesowały się media u naszego wschodniego sąsiada.

W sierpniu w sieci pojawił się film, na którym kobiety w towarzystwie kilku uzbrojonych dżentelmenów w kominiarkach odczytują z kartki przyznanie się do szpiegostwa na rzecz walczącego po stronie syryjskiego prezydenta Baszara al-Asada Hezbollahu. Partia Boga (a konkretnie jeden z jej założycieli Muhammad Jazbak) miała je wysłać z fałszywymi legitymacjami dziennikarskimi, by zbierały informacje na temat sił tzw. Wolnej Syrii. Oto opisywany film:


Nie jest do końca jasne, w jaki sposób pracujące w nocnym klubie w jednym z libańskich hoteli kobiety znalazły się w Syrii. Same twierdzą, że zostały porwane dla okupu, przy czym od porywaczy miały usłyszeć, że po otrzymaniu pieniędzy od właściciela hotelu i tak zostaną zabite. Część porywaczy mówiła po rosyjsku; to kolejne potwierdzenie informacji, że w szeregach rebeliantów walczą przybysze z rosyjskiej części Kaukazu.

Białoruskie media trochę podrążyły i udało im się poznać kilka szczegółów na temat samej Markijanowicz. Mówiąc eufemistycznie, nie należy ona do miejscowej elity. Sześć lat temu urodziła dziecko, które jednak oddała do przytułku. Na Białorusi pracowała w sklepie, do Libanu wyjeżdżała kilka razy, ostatnio pod koniec czerwca. Stamtąd wysyłała pieniądze rodzinie (ostatnio było to 50 dolarów). Kierunek emigracji nie był przypadkowy. Na Bliskim Wschodzie znaczący procent kobiet zatrudnionych w nocnych klubach w różnym charakterze pochodzi z państw dawnego Związku Sowieckiego. Trudno o wiarygodne dane, ale szacunki mówią nawet o kilkunastu tysiącach osób.

Markijanowicz i Colţy udało się uciec nocą, kobiety skorzystały z nieuwagi porywaczy i spuściły się z okna na sznurze, po czym dotarły do najbliższego meczetu, gdzie znalazły schronienie. Tamtejszy duchowny skontaktował się z dyplomatami, a ci załatwili kobietom powrót do ojczyzn.

Tymczasem Anchar Koczniewa, ukraińska dziennikarka pracująca m.in. dla rosyjskiej telewizji NTW, która sama niedawno zdołała uciec z syryjskiej niewoli, twierdzi, że Białorusinkę i Mołdawiankę porwali ci sami ludzie, co ją. Według niej organizatorami porwań mają być dwaj bracia. Pierwszy studiował ponoć medycynę w Charkowie, stąd miała wynikać jego znajomość rosyjskiego. Drugi występuje rzekomo jako korespondent Al-Dżaziry (katarska telewizja otwarcie wspiera wszystkie arabskie rewolucje) z opanowanych przez rebelię terenów. Nazwiska nie padają.

Oczywiście żadnych twardych dowodów na to nie ma. Pewne jest za to co innego, choć akurat ten wniosek nieco wychodzi poza ramy blogu. Historie Koczniewej, Markijanowicz czy Colţy mówią nam jedno: syryjskim rebeliantom coraz częściej zdarzają się porwania ludzi niezwiązanych z reżimem Asada (na uwolnienie wciąż czeka choćby nasz fotoreporter Marcin Suder). Powinno to dać do myślenia wszystkim tym, którzy konflikt w Syrii wciąż postrzegają w czarno-białych kategoriach.

Fot. YouTube.

środa, 11 września 2013

KGBWedług szacunków organizacji broniących praw człowieka, w białoruskich więzieniach siedzi obecnie dziesięciu więźniów politycznych. Do niedawna było ich dwunastu, ale na przełomie sierpnia i września lider Młodego Frontu Źmicier Daszkiewicz i anarchista Alaksandar Franckiewicz zostali wypuszczeni na wolność. Dzisiaj pokrótce opiszę, za co siedzą ci, którzy wciąż siedzą. Ich uwolnienie jest jednym z warunków ocieplenia relacji z Zachodem.

Na pomysł napisania tego wpisu wpadłem po lekturze jednego z komentarzy na Wykopie (przy okazji: użytkowników tego serwisu zachęcam do wykopywania co ciekawszych tekstów z bloga :). Jeden z czytelników po lekturze tekstu Jak to jest z tą dyktaturą informację o kilkunastu (wówczas) palitwiaźniach skomentował następującymi słowami:

Ciekawi mnie ta liczba podana przez autora, coś mi się wydaje, że jest nieco zaniżona. Oficjalnie może siedzi kilkunastu ale przecież opozycjonistów nie trzeba wsadzać zaraz jako więźnia politycznego, można mu wymyślić coś innego.

Cóż, kto nie wierzy w podaną liczbę, może sobie policzyć nazwiska pod tym linkiem. To serwis organizacji Wiosna, której szef został wspólnym wysiłkiem polskich i litewskich urzędników wtrącony do białoruskiej turmy. Bardziej wiarygodnej organizacji, która zajmowałaby się prawami człowieka na Białorusi po prostu nie ma.

Druga sprawa: oficjalnie na Białorusi więźniów politycznych brak. Wszyscy wymienieni niżej działacze siedzą z paragrafów kryminalnych. W prawie białoruskim zasadniczo nie ma przepisów stricte politycznych. Może poza paragrafem penalizującym działalność w imieniu niezarejestrowanej organizacji, o którego zniesienie Zachód apeluje od lat. Tyle, że z tego akurat paragrafu nikt obecnie wyroku nie odsiaduje. Tyle gwoli wstępu. Teraz pora na obiecane sylwetki.

1. Mikoła Autuchowicz (50 lat). Zatrzymany jeszcze w 2009 roku jest jedynym więźniem politycznym, który za kraty trafił jeszcze w czasach poprzedniej odwilży w relacjach zachodnio-białoruskich. W więzieniu w Grodnie odsiaduje karę pięciu lat i dwóch miesięcy więzienia za nielegalne posiadanie amunicji w postaci kilku nabojów myśliwskich. Faktycznie płaci za walkę o prawa przedsiębiorców, w imię której przeciwko skorumpowanym urzędnikom zaczął gromadzić wokół siebie innych weteranów wojny w Afganistanie.

2. Grupę trzech pozostających wciąż za kratami ofiar Płoszczy, czyli protestów z nocy wyborczej z 19 na 20 grudnia 2010 roku otwiera ówczesny kandydat na prezydenta Mikoła Statkiewicz (57 lat). Również były wojskowy, niezłomny fighter, człowiek, który w państwowej telewizji podczas debat przedwyborczych na żywo wezwał Alaksandra Łukaszenkę: wierni, czto ukrał, oddaj coś ukradł. Odsiaduje w więzieniu w Mohylewie karę sześciu lat za organizację zamieszek – tak władze zinterpretowały to, co w zimną, grudniową noc stało się na płoszczy Niezależnaści. Nie dał się złamać, mimo brutalnej często presji nie napisał do Łukaszenki prośby o ułaskawienie.

3. Kolejnym skazanym po protestach 2010 roku był lider chadecji Pawał Siewiaryniec (36 lat). Siedzi za to samo, co Statkiewicz, tyle że z innego paragrafu. Dostał trzy lata ograniczenia wolności, tzw. chemii, za organizację lub udział w działaniach, jakie rażąco naruszają porządek publiczny. Chemia polega na skierowaniu do pracy przymusowej bez prawa opuszczenia miejsca zsyłki. Siewiaryniec trafił do wsi Kuplin. Tak pisałem o nim w jednym z tekstów dla Dziennika Gazety Prawnej:

Polityk odsiaduje wyrok w wiosce Kuplin na Polesiu razem z setką innych „chemików”. Siewiaryniec jest zatrudniony w prywatnej firmie rolnej Bordo. Jak mówił szef przedsiębiorstwa, więzień ma nawet szansę na awans na posadę pomocnika kierownika magazynu. – Na razie zapisuję przychody i koszty, wydaję części zapasowe, pomagam wyładowywać ciężarówki, pracuję przy remontach – opowiadał Siewiaryniec dziennikarkom gazety „Salidarnaść”.

Za swoją pracę otrzymuje 700 tys. rubli miesięcznie (275 zł). Niewiele mniej, niż wynosi pensja wolnego robotnika rolnego. Mieszka w dziewięciometrowym pokoju z dwoma innymi „chemikami”. W ten sposób więźniowie sami się utrzymują, a państwo musi opłacić jedynie rozlokowanych w wiosce milicjantów.

4. Grono dekabrystów uzupełnia Eduard Łobau (24 lata), odsiadujący w łagrze w Iwacewiczach karę czterech lat więzienia za szczególnie rażący wybryk chuligański. 18 grudnia 2010 roku, dzień przed wyborami, Łobau wraz z Daszkiewiczem zostali zaczepieni przez dwóch mężczyzn, pobici, po czym... oskarżeni o ich pobicie. W sądzie pokrzywdzeni się nie pojawili, co nie przeszkodziło skazać obu działaczy Młodego Frontu na kary więzienia. Daszkiewicz wyszedł, Łobau wciąż czeka na wolność. Charakterystyczne, że chłopcy zostali zatrzymani jeszcze przed wyborami. Władze mało kogo bały się wówczas tak, jak radykalnie nastawionego Daszkiewicza.

5. Aleś Bialacki (50 lat), lider obrońców praw człowieka, poszedł siedzieć w 2011 roku za przestępstwa podatkowe. Konkretnie za to, że pieniądze na działalność Wiosny zbierał na prywatne konta w Polsce i na Litwie. Inaczej zbierać nie mógł, ponieważ Wiosna kilka lat temu została pozbawiona rejestracji, a co za tym idzie formalnie nie istnieje. Bialacki odsiaduje w kolonii karnej w Bobrujsku wyrok czterech i pół roku. Władze skonfiskowały mu majątek, w tym świetnie położone mieszkanie w centrum Mińska.

6/7. Mikałaj Dziadok (25 lat) i Ihar Aliniewicz (29 lat), skazani w tzw. sprawie anarchistów razem ze zwolnionym niedawno Franckiewiczem. Pierwszy siedzi w więzieniu w Mohylewie (cztery i pół roku więzienia), drugi zaś w kolonii karnej w Nowopołocku (osiem lat więzienia). Początkowo oskarżano ich o obrzucenie koktajlami Mołotowa rosyjskiej ambasady w Mińsku. Potem, gdy nie udało się zebrać dowodów, kilka razy zmieniano zarzuty, aż w końcu skazano anarchistów za podobną akcję pod siedzibą sztabu generalnego w Mińsku. Wiosna pisze, że podczas śledztwa złamano wszelkie możliwe procedury.

8. Andrej Hajdukou (23 lata) odsiaduje w kolonii w Mohylewie karę półtora roku za próbę nawiązania kontaktu z przedstawicielem obcego wywiadu (którym okazał się podstawiony kadebista) bez znamion zdrady stanu. W rafinerii Naftan w Nowopołocku, w której pracował, miał tworzyć Związek Młodych Intelektualistów, o którego działalności nikt jednak nie słyszał. Bardzo zagadkowa i niejasna sprawa. Skazany 1 lipca 2013 roku, to ostatni jak dotąd palitwiazień.

9/10. Listę zamykają Jauhien Waśkowicz i Arciom Prakapienka (obaj po 23 lata). Od reszty więźniów odróżnia ich to, że nikt nie ma wątpliwości, iż faktycznie dopuścili się zarzucanego im czynu. Obaj odsiadują kary siedmiu lat w dwóch więzieniach w Mohylewie za próbę podpalenia drzwi siedziby KDB (ros. KGB; logo na ilustracji powyżej) w Bobrujsku. Uznani za więźniów politycznych ze względu na łamanie ich praw podczas śledztwa i procesu.

Jak widać, pięciu więźniów ewidentnie siedzi za politykę (w tym w niewoli pozostaje trzech działaczy spośród 38 osób, które w związku z wyborami zostały skazane na najróżniejsze kary). Dwóch anarchistów prawdopodobnie rzeczywiście brało udział w akcjach z użyciem koktajli Mołotowa, tyle że prokuratura nie umiała im tego udowodnić w sądzie (co nie przeszkodziło wydać wyrok). Sprawa Hajdukoua jest niejasna, najpewniej sfingowana, bo ktoś w służbach chciał się wykazać złapaniem szpiega. Listę zamyka dwójka, co do których mam poważne wątpliwości, czy powinni zostać uznani za więźniów politycznych, choć bez wątpienia właśnie politycznymi motywami się kierowali, gdy obrzucali łatwopalnymi materiałami budynek KDB.

Jest jeszcze jedna ciekawa prawidłowość. Oto nazwiska sędziów, którzy skazywali dziesiątkę omawianych dzisiaj postaci: Siarhiej Bandarenka, Żanna Brysina, Żanna Chwajnicka (dwa wyroki), Alaksiej Ciaciuchin, Ludmiła Hraczowa, Pawał Karcinin (dwa wyroki), Alena Szylko, Halina Urbanowicz. Pięć kobiet, trzech mężczyzn. To już zresztą reguła: sądowe represje na Białorusi stały się w dużej mierze domeną kobiet.

Fot. Sagredo, Wikimedia Commons (PD).

czwartek, 29 sierpnia 2013

BiełaruśkalijOd dawna już nie widziałem tak zdecydowanych działań Białorusi, które byłyby wymierzone w Rosję. Premier Michaił Miaśnikowicz zaprosił do Mińska dyrektora potasowego koncernu Urałkalij Władisława Baumgiertniera, z którym do niedawna białoruski potentat Biełaruśkalij wspólnie handlował solami potasowymi za pośrednictwem holdingu BKK, który kontrolował aż 43 proc. światowego handlu surowcem. Baumgiertner po spotkaniu został aresztowany i upokorzony przed kamerami państwowej telewizji. Do Mińska byli również zaproszeni wicepremier Rosji Arkadij Dworkowicz i właściciel Urałkaliju, oligarcha Sulejman Kierimow. Z tej dwójki przynajmniej Kierimow także zostałby zatrzymany, gdyby tylko przyjechał.

O tym, co dla Białorusi znaczy Biełaruśkalij, pisałem już tutaj. Z kolei o potasowym sporze dywagowałem w tym wpisie. Kto nie czytał, może nadrobić zaległości, a przy okazji zapoznać się z kontekstem. Przyznam się, że władze białoruskie zaskoczyły mnie aresztowaniem Baumgiertniera. Przede wszystkim to policzek wymierzony w Moskwę. O co formalnie oskarżony jest dyrektor Urałkaliju? Pisałem o tym we wczorajszym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej:

Rosjanie mieli sprzedawać białoruskie sole potasowe jako własne, wyprowadzać zyski poza spółkę, nakłaniać kontrahentów do podpisywania umów bezpośrednio z Urałkalijem z pominięciem BKK, a także sztucznie zawyżać wydobycie, by wpłynąć na spadek cen potasu na światowych rynkach, a co za tym idzie – wartości Biełaruśkaliju. Wieloletnie starania Kierimowa o zakup białoruskiej spółki są tajemnicą poliszynela. Prokuratura w Mińsku ocenia straty na 100 mln dol. Baumgiertnierowi grozi 10 lat więzienia. Według rosyjskiego politologa Stanisława Biełkowskiego dyrektor Urałkaliju odgrywa obecnie rolę zakładnika w pertraktacjach Mińska z Kierimowem.

Żeby było ciekawiej, strona rosyjska oskarża Białorusinów mniej więcej o to samo. 31 lipca Urałkalij zerwał współpracę z Biełaruśkalijem, bo to spółka z Soligorska miała sprzedawać potas poza BKK. I sprzedawała przynajmniej od grudnia, co żadną tajemnicą nie jest, bo tak zadecydował prezydent Alaksandar Łukaszenka jeszcze w grudniu 2012 roku. Później obie strony negocjowały. Teza, że z rokowań niewiele wyszło, nie wygląda w świetle zatrzymania Baumgiertniera na szczególnie ryzykowną.

Oczywiście dla Rosji sprawa przestała być tylko sporem biznesowym, a stała się również kwestią prestiżu. Kreml bardzo by chciał za grupą Iron Maiden zaśpiewać Mother Russia, can you be happy? Now your people are free, i nie zawaha się użyć wszelkich niezbędnych środków, aby do tego doprowadzić. Najpierw MSZ wydało oświadczenie, w którym napisało coś takiego:

Zatrzymanie Baumgiertniera i rozpętana wokół niego kampania informacyjna nie odpowiadają sojuszniczemu charakterowi relacji naszych państw i mogą wpłynąć na grafik rosyjsko-białoruskich kontaktów na szczeblu politycznym.

Dzisiaj czytamy, że wicepremier Dworkowicz, ten sam, którego także zapraszano do Mińska, zagroził Białorusinom ograniczaniem dostaw ropy, a także powrotem do zapomnianej sprawy przemycania rosyjskiej benzyny. Otóż kilkanaście miesięcy temu Białorusini fałszowali papiery i wywozili rosyjską benzynę na Zachód jako rozpuszczalniki i rozcieńczalniki, dzięki czemu nie musieli odprowadzać do Moskwy cła (oba kraje łączy unia celna). Mińsk zarobił na tym dobrze ponad 1 mld dolarów. Moskwa niby groziła odwetem, ale dotychczas przymykała na wszystko oko.

O co więc chodzi? Zdaje się, że oskarżenia Białorusinów są jednak prawdziwe (co nie znaczy, że i Rosjanie racji nie mają). Mało kto zwrócił uwagę, że 25 lipca, zaledwie sześć dni przed rozwodem w BKK, dotychczasowy dyrektor holdingu Walery Iwanou awansował i został wiceszefem administracji Łukaszenki. Cóż to oznacza? Iwanou spełnił swoje zadanie w BKK i zasłużył na najwyższą nagrodę. A administracja prezydenta to instytucja znacznie ważniejsza niż rząd czy parlament, więc i misja musiała zakończyć się wyjątkowym powodzeniem.

A na czym to zadanie mogło polegać? Na przykład na zebraniu dowodów, że tym razem to Rosjanie złamali umowę z Białorusinami. I przesłaniu ich prokuraturze i Komitetowi Śledczemu, które już wiedziały, co z nimi dalej zrobić. Ot, choćby aresztować Baumgiertniera. Po co? Choćby po to, żeby udaremnić przejęcie przez Kierimowa przedsiębiorstwa Biełaruśkalij, perły w koronie białoruskiego eksportu. Albo, ponieważ Kierimow nie działał przecież bez porozumienia z którąś z gałęzi rosyjskiej władzy, by uzyskać w ten sposób wprost zachwycający kompromat choćby i na Władimira Putina. Łukaszenka, który pewnie nie zapomniał, jak trzy lata temu rosyjskie media z inspiracji Kremla oskarżyły go związki z przestępczością zorganizowaną, mianując Iwanoua wypowiedział zresztą wielce znamienne słowa:

Analizował pan pracę BKK, która zajmuje się sprzedażą soli potasowych Białorusi i Federacji Rosyjskiej. Co więcej, dobrze pan zna sytuację nie tylko naszego, ale i rosyjskiego producenta.

Oczywiście kompromaty (albo, jak to się w naszych służbach nazywało, komprmateriały) nie są zazwyczaj zbierane po to, żeby je ujawniać, ale po to, żeby wisiały nad delikwentem i mu groziły. Dlatego obserwowanie dalszego rozwoju wydarzeń na linii Mińsk-Moskwa będzie fascynujące. Jeśli to, co piszę, jest prawdą, najpierw będziemy świadkami wymiany ciosów, ale potem stopniowo afera może zostać wygaszona, Baumgiertnier wyjdzie na wolność, a zapowiadany akt oskarżenia przeciwko Kierimowowi pójdzie w niepamięć. A po kilku miesiącach dowiemy się np., że Mińsk uzyskał preferencyjny kredyt w którejś z kontrolowanych przez Rosję instytucji. Chyba że ktoś na Kremlu uzna, że Łukaszenka tym razem przeszarżował.

Na zakończenie Iron Maiden i Mother Russia :).


Fot. Biełaruśkalij.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

GiedyminKontynuujemy rozważania o Wielkim Księstwie Litewskim. W poprzednim wpisie pisałem o jego prapoczątkach. Dzisiaj poświęcę kilka akapitów źródłom jego potęgi w czasach rządzącego w latach 1316–1341 wielkiego księcia Giedymina (biał. Hiedymin, lit. Gediminas), dziadka naszego Władysława Jagiełły (biał. Jahajła, lit. Jogaila).

Gdy obejmował rządy po swoim (chyba) bracie Witenesie (biał. Wicień, lit. Vytenis), do państwa należały ziemie o powierzchni jakichś 90 tys. km kw. Gdy umierał, panował nad terytorium trzyipółkrotnie większym. Giedymin nie czytał Henry'ego Kissingera, nie znał zasad prowadzenia polityki Charles'a-Maurice'a de Talleyranda, nie wpadł mu w ręce również Książę Niccoli Machiavellego. Zresztą nie umiał nawet pisać, listy w jego imieniu czasem pisali zaprzyjaźnieni mieszczanie z niemieckiej Rygi. A mimo to prowadził politykę, z której i dziś wiele można się nauczyć.

Przede wszystkim XIV-wieczny władca wiedział, że rządząc krajem położonym na równinie nie można sobie pozwolić na wojnę na dwa fronty. Jednocześnie zaś starał otoczyć swój kraj przyjaznym buforem, synów i córki wydając za okolicznych władców (Płock i Witebsk, Polska i Moskwa...). Wiedział zarazem, że w polityce nie ma przyjaciół, są jedynie interesy. Starał się trzymać blisko książąt mazowieckich, widząc w nich przeciwwagę dla najpoważniejszego zagrożenia w postaci Państwa Krzyżackiego, co nie przeszkodziło mu od czasu do czasu wyprawić się na Mazowsze w poszukiwaniu łupów.

Syna Lubarta (Lubart / Liubartas) ożenił z córką księcia halicko-włodzimierskiego, ale gdy państwo to popadło w tarapaty, nie wahał się dokonać jego rozbioru (ostatecznie zakończonego osiem lat po jego śmierci). To wówczas Litwa zajęła Podlasie i Wołyń, zaś w skład Polski weszły ziemia halicka i Chełmszczyzna. Nawet z Krzyżakami zdarzało mu się zawierać taktyczne sojusze.

Giedymin doskonale zdawał sobie przy okazji sprawę z tego, że rządząc państwem dwuetnosowym (narodów jeszcze wtedy nie było) i dwureligijnym (pogańscy Bałtowie i chrześcijańscy Słowianie), musi zachowywać równowagę między dwoma siłami. Sam, w przeciwieństwie do wielkiego poprzednika Mendoga (Mindouh / Mindaugas), był poganinem, ale chętnie fundował kościoły. Oficjalne dokumenty były potwierdzane na dwa sposoby.

Alaksandar Kraucewicz (Historyja Wialikaha Kniastwa Litouskaha. Ad paczatku haspadarstwa da karaleustwa Litwy i Rusi 1248–1341 h., Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Harodnia-Urocłau 2013) cytuje wyimek z umowy handlowej podpisanej w 1338 roku z Zakonem Inflanckim (filią Zakonu Krzyżackiego). Połock i Witebsk byli wówczas miastami zależnymi od Litwy, choć ze znacznym zakresem autonomii:

Pokój niniejszy został zawarty (...) za zgodą króla Litwy i jego dzieci i wszystkich jego bojarów, którzy własne obrzędy nad nim odprawili, i za zgodą biskupa Połocka, króla i miasta Połocka, i króla Witebska, i miasta Witebska, którzy wszyscy nad wspomnianym wyżej pokojem całowali krzyż.

Wiedział przy tym, że jego pogańska wiara jest dla Krzyżaków pretekstem do kontynuowania walki z Litwą. Dlatego najpierw obiecał papieżowi przyjęcie katolicyzmu, mając pod bokiem prawosławnych w znacznej części bojarów, po czym – gdy przybyli do niego wysłannicy Rzymu – wyparł się obietnicy, zwalając winę na pomyłkę tłumacza. Próbował, choć bez większego powodzenia, ściągnąć do kraju kolonistów, kupców i rzemieślników, z miast niemieckiej Hanzy.

Ostrze ekspansji skierował zaś na Wschód. O jej szczegółach mało wiadomo. Tak jak obecnie ówcześni dziennikarze (zwani kronikarzami) woleli pisać o wojnach, a znaczną część ziem Giedymin przyłączał w sposób pokojowy. Pod koniec jego panowania do WKL należało praktycznie całe terytorium obecnej Białorusi, poza jej południowo-wschodnim krańcem (okolice Mohylewa czy Mozyrza). Tutaj można zobaczyć, jak rosło terytorium wielkiego księstwa za czasów panowania Giedymina i jego syna Olgierda (Alhierd / Algirdas).

Fot. Maria Kałamajska-Saeed, Genealogia przez obrazy. Barokowa ikonografia rodu Sapiehów na tle staropolskich galerii portretowych, Warszawa 2006, Wikimedia Commons (PD).

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Flag Counter Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...