Skoro Białoruś jest błękitnooka, to blog nie może być czarno-biały. Białoruski dziennik Michała Potockiego.
poniedziałek, 19 sierpnia 2013

PogońW dobrze przyjętym przez Was tekście o białoruskich hymnach, a także notce poświęconej białoruskim aspektom Wilna, sygnalizowałem problem, jaki historiografia państw regionu ma z Wielkim Księstwem Litewskim. Dzisiaj zajmiemy się nim trochę szerzej.

W skrócie litewscy historycy nie mają wątpliwości, że było to państwo, jak sama nazwa wskazuje, litewskie. Z kolei białoruska tradycja narodowa podkreśla, że skoro pierwszym językiem urzędowym WKL był staro(biało)ruski, a Słowianie stanowili większość jego mieszkańców, to i państwo powinno się uznać za praprzodka dzisiejszej Białorusi.

Klasyczną książką przedstawiającą w popularnej formie nacjonalistyczną wizję historii Białorusi, która w latach 90. wywołała u naszych sąsiadów niemałe zainteresowanie, jest 150 pytanniau i adkazau z historyi Biełarusi Iwana Sawierczanki i Źmiciera Sańki (moje wydanie: Nasza Buduczynia, Wilnia 2002). O powstaniu WKL, utożsamianym z początkiem panowania Mendoga (lit. Mindaugas / biał. Mindouh) w Nowogródku w latach 40. XIII wieku, dwaj autorzy piszą tak:

Mendog to białoruski książę, założyciel nowego białoruskiego państwa Wielkiego Księstwa Litewskiego (...). Walcząc o białoruskie interesy w regionie nadbałtyckim, który od dawna był pod naszym protektoratem, około 1246 roku ruszył na pomoc Kurom w ich walce przeciwko niemieckiemu panowaniu (...). W 1252 roku podporządkował sobie całą „ziemię litewską”.

I tak dalej, bez żadnych wątpliwości. W tej wersji Litwa była od początku w rzeczywistości Białorusią, zaś mniejsza sąsiadka to Żmudź, a nie żadna Litwa, która w XIX wieku bezwstydnie przywłaszczyła sobie tę nazwę od Słowian. Narodowcy do dziś nazywają dzisiejszą Republikę Litewską Letuwą, w odróżnieniu od białoruskiej Litwy. Istnieją nawet zwolennicy przemianowania nazwy Białorusi na Wielkolitwę, Wialikalitwę. Koniec dygresji :).

Litewską wersję historii podaję za wydaną przy okazji objęcia przez Wilno prezydencji w UE książką Alfonsasa Eidintasa, Alfredasa Bumblauskasa, Antanasa Kulakauskasa i Mindaugasa Tamošaitisa pt. Historia Litwy (Eugrimas, Wilno 2013):

Terytorium, zamieszkałe przez osoby używające języka litewskiego, a później również mające świadomość litewską, na wschodzie i południu zwężało się, zaś nazwa Litwy – przeciwnie: wraz z granicami Wielkiego Księstwa Litewskiego rozciągnęła się bardzo daleko na wschód i objęła duże obszary zamieszkałe przez Słowian wschodnich. Właśnie całe terytorium tego państwa (nie tylko obecna Litwa, ale też Białoruś) z biegiem czasu zaczęto określać mianem Litwy, dzisiaj zaś określamy je mianem Litwy historycznej.

Albo więc białoruski książę Mindouh podbił litewskie tereny, włączając je do prapaństwa białoruskiego, albo wręcz przeciwnie – litewski król Mindaugas poszerzył Litwę o ziemie słowiańskie, nie zmieniając zasadniczo charakteru swojego państwa. Tertium non datur, wydawałoby się. A jednak, ukazała się właśnie książka poświęcona początkom WKL, której autor Alaksandar Kraucewicz stara się pogodzić ogień z wodą (Historyja Wialikaha Kniastwa Litouskaha. Ad paczatku haspadarstwa da karaleustwa Litwy i Rusi 1248–1341 h., Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Harodnia-Urocłau 2013).

Kraucewicz, rekonstruując prapoczątki WKL na podstawie dość skąpych źródeł pisanych, dochodzi do wniosku, że w rzeczywistości księstwo to było od początku wieloetniczne i wieloreligijne. Mendog wywodził się z bałtyckich możnych, ale na tron w Nowogródku został zaproszony przez słowiańskich mieszkańców miasta. Cel sojuszu? Wspólna obrona przez zagrożeniem ze strony Krzyżaków (permanentnie naciskającym od północnego zachodu) i Tatarów (którzy dopiero co niczym meteor spustoszyli dzisiejszą Ukrainę).

Wojskowe zagrożenie z zewnątrz sprowokowało proces państwotwórczy. Innymi słowy nadniemeński system polityczny otrzymał impuls z zewnątrz. Wygląda całkiem logicznie, że na czele nowo powstałego organizmu stanął najsilniejszy, sprawdzony w bojach i wyprawach dowódca. Jego pochodzenie etniczne nie miało wielkiego znaczenia, zwłaszcza w regionie, w którym oba etnosy od wieków żyły obok siebie (...).

Początkiem WKL stał się polityczny sojusz dwóch głównych sił w regionie: wschodniosłowiańskich państw miast z niektórymi najsilniejszymi wodzami plemion bałtyckich. A konkretnie – sojusz najważniejszego miasta w regionie, Nowogródka, z najsilniejszym z sąsiednich kunigasów Mendogiem.

– pisze Kraucewicz. Sojuszowi nie przeszkadzały ani odrębności językowe, ani nawet religijne. Bałtowie wciąż jeszcze byli poganami, wśród Słowian przeważali chrześcijanie obu obrządków, a mimo to obywało się bez konfliktów. Ale w tym zahaczamy już o wątek, który mam zamiar opisać w kolejnym wpisie, poświęconym źródłom siły Wielkiego Księstwa Litewskiego, które w czasie kilku zaledwie dekad urosło do rangi jednego z największych terytorialnie państw Starego Kontynentu.

Ciąg dalszy zatem nastąpi (i zgodnie z zapowiedzią nastąpił w tym miejscu).

Fot. Wikimedia Commons (PD).

czwartek, 08 sierpnia 2013

Subotnik w GrodnieWydawałoby się, że skoro Białoruś pod względem systemu gospodarczego jest państwem, w którym zachowano liczne dobrodziejstwa socjalne (więcej: tutaj), to i studia powinny być bezpłatne. Nic bardziej mylnego. Na bezpłatnych studiach uczy się zaledwie co trzeci student. Reszta płaci. Agencja prasowa BiełaPAN podała właśnie informacje na temat wysokości opłat w zbliżającym się roku akademickim.

Na Białorusi nie ma studiów wieczorowych. Można studiować dziennie w trybie bezpłatnym, dziennie w trybie płatnym bądź zaocznie. Studia zaoczne są przy tym co do zasady o dobrze ponad połowę tańsze niż dzienne. Spośród stołecznych uczelni najmniej zapłacą studenci niektórych kierunków w Białoruskiej Państwowej Akademii Sztuk Pięknych: 11 mln rubli (3930 złotych) za rok. Do 12 mln rubli (4280 złotych) zapłacą pierwszoroczniacy na Białoruskim Państwowym Uniwersytecie Pedagogicznym im. Maksima Tanka.

Do 14,5 mln rubli (5180 złotych) kosztują studia na Białoruskim Państwowym Uniwersytecie Ekonomicznym. 15,3 mln rubli (5470 złotych) kosztuje rok w kuźni kadr przyszłej nomenklatury, Akademii Zarządzania przy Prezydencie. Za najdroższy kierunek na Białoruskim Narodowym Uniwersytecie Technicznym trzeba zapłacić 15,4 mln rubli (5480 złotych) rocznie. Białoruski Uniwersytet Państwowy, miejscowy odpowiednik Uniwersytetu Warszawskiego, kosztuje do 17,9 mln rubli (6400 złotych) rocznie. Najwięcej zapłacą przyszli lekarze. Rok nauki na Białoruskim Państwowym Uniwersytecie Medycznym to równowartość nawet 19,2 mln rubli (6840 złotych).

Studia zaoczne, jako się rzekło, są znacznie tańsze i kosztują od 4,1 mln rubli (1480 złotych) za najtańszy kierunek w białoruskim odpowiedniku ASP do 7,3 mln rubli (2620 złotych) w prezydenckiej Akademii Zarządzania. Ceny na uczelniach prywatnych są porównywalne, zarówno jeśli chodzi o studia dzienne, jak i zaoczne.

Co ciekawe, poważnym źródłem zarobku białoruskich uczelni są studenci z zagranicy (co 30. student ma obcy paszport). W roku akademickim 2012/2013 przynieśli oni budżetowi równowartość 20 mln dolarów. Co ciekawe, największą grupę obcych studentów stanowią obywatele... Turkmenistanu. W minionym roku akademickim było ich 5889, czyli 48,5 proc. ogółu obcokrajowców na białoruskich uczelniach. Z UE trafiają się pojedynczy rosyjskojęzyczni obywatele Litwy i Łotwy.

Opłaty za studia oczywiście rosną, w tym roku będą o 1/5 wyższe niż w ubiegłym. W porównaniu z cenami studiów w Polsce białoruskie uczelnie mogą się wydawać tanie, ale przy średniej pensji nieznacznie przekraczającej równowartość 500 dolarów, to znaczne obciążenie dla domowych budżetów. A studia bezpłatne nie dla każdego są atrakcyjną alternatywą, bo teoretycznie absolwentów obowiązuje po nich odpracowanie poniesionych przez państwo kosztów w wybranym przez państwo miejscu, a i od różnych atrakcji w rodzaju czynów społecznych (na zdjęciu studenci z Grodna; więcej w tekście pt. Cały naród pucuje swoją stolicę) trudniej się wybronić.

Na koniec anegdotka: cytat z narzekającego na rosnące ceny studiów mińskiego taksówkarza, z którym rozmawiałem w zeszłym roku:

Panie, te studia zrobiły się takie drogie, że za tę cenę można by w Rosji dowolny dyplom kupić.

Fot. Haradzienski Dziarżauny Ahrarny Uniwersytet.

wtorek, 06 sierpnia 2013

BiełaruśkalijPrzed tygodniem rosyjski Urałkalij definitywnie zerwał współpracę z Biełaruśkalijem, jednym z największych potasowych przedsiębiorstw na świecie. Obie firmy łączył dotychczas wspólny holding zajmujący się eksportem nawozów BKK. Akcje Urałkaliju natychmiast runęły o 24 proc., a zatem Rosjanie musieli mieć powody, by zerwać związki z sąsiadem. I mieli. Piszę o tym we wczorajszym numerze Dziennika Gazety Prawnej. Cały tekst tutaj.

Rosjanie oskarżają Białorusinów, że wbrew umowie część własnych produktów sprzedawali z pominięciem BKK. – Skoro tak, jesteśmy zmuszeni przekierować eksport na własną spółkę – oświadczył szef Urałkaliju Władisław Baumgiertnier. Niesnaski w potasowej rodzinie pojawiły się już w ubiegłym roku, gdy na świecie zaczął spadać popyt na sole potasowe. Obaj partnerzy sprzedający produkty za pośrednictwem BKK, która w sumie miała 43 proc. światowego eksportu chlorku potasu, coraz silniej postrzegali się wzajemnie jako konkurencję.

Zwłaszcza, że Rosjanie nie ustawali w wysiłkach, by Biełaruśkalij po prostu wykupić, czemu sprzeciwiał się Alaksandar Łukaszenka, stawiając chętnym zaporową cenę 35 mld dolarów. Więcej o tych staraniach, korupcyjnych propozycjach składanych przez zaprzyjaźnionych oligarchów i samej gigantycznej kopalni potasu pisałem na początku działania blogu w tekście pt. Wyprawa do podziemnego miasta. Kto nie czytał, może nadrobić zaległości.

Znany skądinąd bank inwestycyjny Morgan Stanley twierdzi, że potasowy rozwód może kosztować Białorusinów nawet kilkaset milionów jakże potrzebnych na zrefinansowanie długu dolarów. Cóż, Morgan Stanley najpewniej się myli. Po pierwsze, jeśli straci, to nie tyle przez rozwód, ile przez ogólny spadek cen soli potasowych na światowych rynkach. Zwłaszcza, że już trwają rozmowy, by przy handlu potasem współpracować z Katarem. Po drugie, zbiórka pieniędzy na potrzeby dopięcia bilansu już się zaczęła: poprzez kroczącą nieśmiało dewaluację rubla białoruskiego.

Po trzecie zaś przed kilkoma miesiącami kontrolę nad działalnością Biełaruśkaliju przejął prezydencki syn Wiktar Łukaszenka. A decyzja Rosjan była tak naprawdę formalnością po tym, jak ojciec Wiktara zdecydował w grudniu, że Biełaruśkalij równie dobrze może handlować swoimi skarbami na własną rękę. Rozpoczęte w maju rokowania wspólnej komisji ds. rozwiązywania problemów nic nie dały. Ja tu widzę trzy wyjaśnienia, niekoniecznie sprzeczne wzajemnie:

1. Naciski Rosjan na pogłębienie integracji branży potasowej lub dopuszczenie rosyjskich urzędników do białoruskiej księgowości okazały się zbyt nachalne, a tego Mińsk unika jak diabeł święconej wody;
2. Władzom białoruskim brakuje w tym roku pieniędzy na utrzymanie poparcia nomenklatury, a bezpośrednia kontrola rodziny prezydenta nad eksportem przynoszącym rocznie 2,7 mld dolarów zysku pozwala uszczknąć trochę na własne potrzeby;
3. Mińsk doszedł do wniosku, że rosyjskie kopalnie potasu stanowią dla niego konkurencję, a nie partnera.

A jakie płyną z tego wnioski dla nas? Jeszcze jeden fragmencik tekstu z DGP. Do sztambucha dla eurodyplomatów, szykujących się na odwilż w relacjach z Mińskiem:

Gdy białoruski prezydent uznaje, że dotrzymanie danego słowa będzie go kosztować utratę samodzielności, wycofuje się przy pierwszej nadarzającej się okazji (...). Gdy Łukaszenka coś obiecuje, to tylko obiecuje. Dopiero realizacja obietnicy jest czymś więcej niż tylko oznaką gry w kotka i myszkę.

Fot. Biełaruśkalij.

poniedziałek, 05 sierpnia 2013

Tut.byWłaśnie dostałem paczkę prosto z Mińska, a w niej jeszcze pachnące wydanie Belarusian Yearbook 2012, wydawanego przez Białoruski Instytut Studiów Strategicznych. Instytucję godną podziwu chociażby za to, że w tych zwariowanych czasach potrafi zachować trzeźwość w swojej analityce. W miarę postępów w lekturze 304-stronicowego zbioru analiz będę pewnie wrzucał kolejne notki. Dzisiaj przyjrzymy się, z jakich mediów w sieci korzystają Białorusini.

Okazuje się bowiem, że białoruscy internauci stosują politykę równego dystansu. Jak pisze w tekście Media: Conservative Reform / Migration medioznawca Arkadź Nieściarenka, nasi sąsiedzi nie mają co prawda zaufania do mediów rządowych (38,1 proc. ufa, 50,8 proc nie ufa), ale i media określające się mianem opozycyjnych nie cieszą się wielkim zaufaniem (48,1:38,2 na korzyść ufających). Od razu warto zaś podkreślić, że dla większości Białorusinów podstawowym źródłem informacji wciąż jest telewizja białoruska lub rosyjska, choć upowszechnienie internetu w kraju rośnie najszybciej w regionie.

Na podstawie danych serwisu gemiusAudience można określić, jakiego typu media są najchętniej odwiedzane przez surfujących mieszkańców Białorusi. Miejsca przesycone propagandą nie cieszą się wielką popularnością, podobnie jak tabloidy. Na pierwszym miejscu znalazł się serwis Tut.by (1094 tys. unikalnych użytkowników), nieepatujący sensacją, dość wyważony politycznie. Ta ostatnia cecha w warunkach białoruskich oznacza znaczną powściągliwość w krytyce władz, ale informowanie także o działaniach opozycji albo np. losach więźniów politycznych.

Wysokie, drugie miejsce zajął rosyjski serwis News.mail.ru (778 tys.). To portal w rodzaju naszego Onetu czy Wirtualnej Polski, oferujący przede wszystkim skrzynki pocztowe, a informacje – sensacyjne, lifestyle'owe, bogate graficznie – niejako przy okazji. Popularność rosyjskiego medium przekłada się jednak na upowszechnienie rosyjskiego punktu widzenia na świat. To kamyczek do ogródka choćby Biełsatu, który powinien zainwestować w popularyzację własnego serwisu internetowego. Potencjał jest, tymczasem strona Belsat.eu może się pochwalić raptem 12 tys. unikalnych użytkowników.

Miejsce trzecie to Interfax.by, strona oficjalnej, rządowej agencji informacyjnej (553 tys.), nad którą oczywiście czuwają specjaliści w dziedzinie ideologii. Tuż za podium serwis nieco podobny do News.mail.ru (nowości jako dodatek do skrzynek mailowych), tyle że w wersji dla Białorusi: News.yandex.by (514 tys.). Portal w zasadzie służy jako agregat treści, zbiera linki z rosyjskojęzycznych serwisów informacyjnych, zamiast wytwarzać własny content, jak na to mówią online'owi dziennikarze :).

Dopiero na piątym miejscu Kp.by (378 tys.), czyli internetowa wersja Komsomolskiej prawdy w Biełorussii. Gazeta bardziej tabloidowa, potrafiąca czasem napisać tekst krytyczny wobec władz, ale także prezentująca raczej rosyjski punkt widzenia (gros artykułów to przedruki z rosyjskiej wersji Komsomołki). Szóste miejsce przypadło stronie Naviny.by (317 tys.), działającej też pod szyldem Biełorusskije nowosti. Stonowany, ale wyważony serwis internetowy, przedstawiający opinie wszystkich stron. Sam często z niego korzystam.

Tuż za Navinami wyraziście opozycyjny Charter97.org (299 tys.), czyli działająca ostatnio z emigracji trójjęzyczna (białoruski, rosyjski, angielski) Chartyja '97. To zwolennicy byłego kandydata na prezydenta Andreja Sańnikaua, które będąc wcześniej stonowanym dyplomatą zaczął się ostatecznie pozycjonować jako radykalny krytyk reżimu, zdecydowany zwolennik sankcji weń wymierzonych. Sam serwis przekonuje już przekonanych, a i wśród opozycji narobił sobie wrogów, gdy podczas kampanii prezydenckiej w 2010 roku zaczął faworyzować Sańnikaua nawet poprzez kasowanie niechętnych mu komentarzy pod tekstami.

Miejsce ósme zajęło Euroradio.fm (215 tys.), czyli witryna internetowa Europejskiego Radia dla Białorusi (Jeurapiejskaje radyjo dla Biełarusi, Jeuraradyjo) z siedzibą w Warszawie. Rozgłośnia ma charakter rockowo-informacyjny, działa dzięki unijnym grantom, a korzysta także z częstotliwości publicznego Radia dla Ciebie. Dobry wynik portalu to dowód, że prozachodni punkt widzenia ma szansę konkurować na wolnym rynku z rosyjskimi newsami (Biełsacie, do dzieła!).

Numer dziewięć to strona państwowej telewizji STB, przesycone propagandą Ctv.by (203 tys.), a białoruskie Top-10 zamyka Telegraf.by (164 tys. unikalnych użytkowników), serwis starający się na wzór m.in. Tut.by lub Navin.by zachować dziennikarską niezależność. Chodzi przy tym często o zupełne niuanse – jeden z wymienionych przeze mnie stonowanych serwisów z premedytacją podkreśla swoją niezależność pisząc słowo prezydent małą, a nie wielką literą.

Dopiero na dalszych miejscach znalazły się inne poza Chartyją media opozycyjne. Witryna tygodnika Nasza niwa Nn.by dopiero na 14. pozycji (118 tys.), zaś założony niegdyś przez działaczy politycznych serwis Udf.by (skrót od angielskiej nazwy dawnej koalicji skupionej wokół Alaksandra Milinkiewicza, United Democratic Forces) – na 17. miejscu (96 tys.).

Białorusini ignorują natomiast w zupełności witrynę prezydenckiego organu Sowietskaja Biełorussija. Biełaruś siegodnia Sb.by. Ranking jej nawet nie uwzględnia. To by potwierdzało obserwacje z Facebooka – fanpage tej gazety ma raptem 329 miłośników i niebawem wyprzedzi ją pewnie niniejszy blog (w wersji facebookowej do znalezienia tutaj), czego sobie i Państwu życzę :).

Fot. Tut.by.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Flag Counter Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...