Skoro Białoruś jest błękitnooka, to blog nie może być czarno-biały. Białoruski dziennik Michała Potockiego.

Gospodarka

wtorek, 05 listopada 2013

Biełaruskaja AESRosyjski Atomstrojeksport już formalnie może zaczynać budowę elektrowni atomowej pod białoruskim Ostrowcem. Stosowny dekret w tej sprawie podpisał 2 listopada prezydent Alaksandar Łukaszenka. Co ciekawe, akt prawny daje Rosjanom całkowite carte blanche. Firma nie będzie odpowiadać nawet za straty przez siebie wywołane.

Kontekst do znalezienia tutaj. Elektrownia ma powstać tuż przy granicy z Litwą. Pierwszy blok ruszy w 2018 roku, drugi być może już dwa lata później. Siłownia ma powstać – zgodnie ze słowami prezydenta – możliwie jak najtańszym kosztem, mimo że dwa kredyty na ten cel, warte w sumie równowartość 9,5 mld dolarów, i tak zagwarantowała Rosja.

Na miejscu budowy, 200 km od granic z Polską, między wioskami Bobrowniki i Awieny w obwodzie grodzieńskim, do tej pory prowadzono prace przygotowawcze. Teraz może ruszyć budowa. A oto i wywoływany w leadzie najciekawszy przepis prezydenckiego dekretu nr 499 (całość w języku rosyjskim: tutaj), pkt 3.1:

(Postanawiam zwolnić – aut.) zamawiającego (formalnie jest nim specjalnie do teho celu utworzone przedsiębiorstwo Dyrekcyja Budaunictwa Atamnaj Elektrastancyi – aut.) od konieczności pokrycia strat w produkcji rolnej lub leśnej, spowodowanych przejęciem lub czasowym zajęciem terenów rolnych lub leśnych w związku z budową elektrowni atomowej.

Innymi słowy ani DBAE, ani wykonawca Atomstrojeksport nie muszą się już przejmować, jakie szkody wywołają podczas budowy okolicznym obszarom. Jeden problem z głowy. Z dekretu nie wynika, czy w związku z powyższym ewentualni poszkodowani będą mogli się ubiegać o odszkodowania od państwa białoruskiego. Teoretycznie powinni móc się o to starać. Ale teoria i praktyka to dwie różne rzeczy.

Fot. Dyrekcyja Budaunictwa Atamnaj Elektrastancyi.

czwartek, 29 sierpnia 2013

BiełaruśkalijOd dawna już nie widziałem tak zdecydowanych działań Białorusi, które byłyby wymierzone w Rosję. Premier Michaił Miaśnikowicz zaprosił do Mińska dyrektora potasowego koncernu Urałkalij Władisława Baumgiertniera, z którym do niedawna białoruski potentat Biełaruśkalij wspólnie handlował solami potasowymi za pośrednictwem holdingu BKK, który kontrolował aż 43 proc. światowego handlu surowcem. Baumgiertner po spotkaniu został aresztowany i upokorzony przed kamerami państwowej telewizji. Do Mińska byli również zaproszeni wicepremier Rosji Arkadij Dworkowicz i właściciel Urałkaliju, oligarcha Sulejman Kierimow. Z tej dwójki przynajmniej Kierimow także zostałby zatrzymany, gdyby tylko przyjechał.

O tym, co dla Białorusi znaczy Biełaruśkalij, pisałem już tutaj. Z kolei o potasowym sporze dywagowałem w tym wpisie. Kto nie czytał, może nadrobić zaległości, a przy okazji zapoznać się z kontekstem. Przyznam się, że władze białoruskie zaskoczyły mnie aresztowaniem Baumgiertniera. Przede wszystkim to policzek wymierzony w Moskwę. O co formalnie oskarżony jest dyrektor Urałkaliju? Pisałem o tym we wczorajszym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej:

Rosjanie mieli sprzedawać białoruskie sole potasowe jako własne, wyprowadzać zyski poza spółkę, nakłaniać kontrahentów do podpisywania umów bezpośrednio z Urałkalijem z pominięciem BKK, a także sztucznie zawyżać wydobycie, by wpłynąć na spadek cen potasu na światowych rynkach, a co za tym idzie – wartości Biełaruśkaliju. Wieloletnie starania Kierimowa o zakup białoruskiej spółki są tajemnicą poliszynela. Prokuratura w Mińsku ocenia straty na 100 mln dol. Baumgiertnierowi grozi 10 lat więzienia. Według rosyjskiego politologa Stanisława Biełkowskiego dyrektor Urałkaliju odgrywa obecnie rolę zakładnika w pertraktacjach Mińska z Kierimowem.

Żeby było ciekawiej, strona rosyjska oskarża Białorusinów mniej więcej o to samo. 31 lipca Urałkalij zerwał współpracę z Biełaruśkalijem, bo to spółka z Soligorska miała sprzedawać potas poza BKK. I sprzedawała przynajmniej od grudnia, co żadną tajemnicą nie jest, bo tak zadecydował prezydent Alaksandar Łukaszenka jeszcze w grudniu 2012 roku. Później obie strony negocjowały. Teza, że z rokowań niewiele wyszło, nie wygląda w świetle zatrzymania Baumgiertniera na szczególnie ryzykowną.

Oczywiście dla Rosji sprawa przestała być tylko sporem biznesowym, a stała się również kwestią prestiżu. Kreml bardzo by chciał za grupą Iron Maiden zaśpiewać Mother Russia, can you be happy? Now your people are free, i nie zawaha się użyć wszelkich niezbędnych środków, aby do tego doprowadzić. Najpierw MSZ wydało oświadczenie, w którym napisało coś takiego:

Zatrzymanie Baumgiertniera i rozpętana wokół niego kampania informacyjna nie odpowiadają sojuszniczemu charakterowi relacji naszych państw i mogą wpłynąć na grafik rosyjsko-białoruskich kontaktów na szczeblu politycznym.

Dzisiaj czytamy, że wicepremier Dworkowicz, ten sam, którego także zapraszano do Mińska, zagroził Białorusinom ograniczaniem dostaw ropy, a także powrotem do zapomnianej sprawy przemycania rosyjskiej benzyny. Otóż kilkanaście miesięcy temu Białorusini fałszowali papiery i wywozili rosyjską benzynę na Zachód jako rozpuszczalniki i rozcieńczalniki, dzięki czemu nie musieli odprowadzać do Moskwy cła (oba kraje łączy unia celna). Mińsk zarobił na tym dobrze ponad 1 mld dolarów. Moskwa niby groziła odwetem, ale dotychczas przymykała na wszystko oko.

O co więc chodzi? Zdaje się, że oskarżenia Białorusinów są jednak prawdziwe (co nie znaczy, że i Rosjanie racji nie mają). Mało kto zwrócił uwagę, że 25 lipca, zaledwie sześć dni przed rozwodem w BKK, dotychczasowy dyrektor holdingu Walery Iwanou awansował i został wiceszefem administracji Łukaszenki. Cóż to oznacza? Iwanou spełnił swoje zadanie w BKK i zasłużył na najwyższą nagrodę. A administracja prezydenta to instytucja znacznie ważniejsza niż rząd czy parlament, więc i misja musiała zakończyć się wyjątkowym powodzeniem.

A na czym to zadanie mogło polegać? Na przykład na zebraniu dowodów, że tym razem to Rosjanie złamali umowę z Białorusinami. I przesłaniu ich prokuraturze i Komitetowi Śledczemu, które już wiedziały, co z nimi dalej zrobić. Ot, choćby aresztować Baumgiertniera. Po co? Choćby po to, żeby udaremnić przejęcie przez Kierimowa przedsiębiorstwa Biełaruśkalij, perły w koronie białoruskiego eksportu. Albo, ponieważ Kierimow nie działał przecież bez porozumienia z którąś z gałęzi rosyjskiej władzy, by uzyskać w ten sposób wprost zachwycający kompromat choćby i na Władimira Putina. Łukaszenka, który pewnie nie zapomniał, jak trzy lata temu rosyjskie media z inspiracji Kremla oskarżyły go związki z przestępczością zorganizowaną, mianując Iwanoua wypowiedział zresztą wielce znamienne słowa:

Analizował pan pracę BKK, która zajmuje się sprzedażą soli potasowych Białorusi i Federacji Rosyjskiej. Co więcej, dobrze pan zna sytuację nie tylko naszego, ale i rosyjskiego producenta.

Oczywiście kompromaty (albo, jak to się w naszych służbach nazywało, komprmateriały) nie są zazwyczaj zbierane po to, żeby je ujawniać, ale po to, żeby wisiały nad delikwentem i mu groziły. Dlatego obserwowanie dalszego rozwoju wydarzeń na linii Mińsk-Moskwa będzie fascynujące. Jeśli to, co piszę, jest prawdą, najpierw będziemy świadkami wymiany ciosów, ale potem stopniowo afera może zostać wygaszona, Baumgiertnier wyjdzie na wolność, a zapowiadany akt oskarżenia przeciwko Kierimowowi pójdzie w niepamięć. A po kilku miesiącach dowiemy się np., że Mińsk uzyskał preferencyjny kredyt w którejś z kontrolowanych przez Rosję instytucji. Chyba że ktoś na Kremlu uzna, że Łukaszenka tym razem przeszarżował.

Na zakończenie Iron Maiden i Mother Russia :).


Fot. Biełaruśkalij.

wtorek, 06 sierpnia 2013

BiełaruśkalijPrzed tygodniem rosyjski Urałkalij definitywnie zerwał współpracę z Biełaruśkalijem, jednym z największych potasowych przedsiębiorstw na świecie. Obie firmy łączył dotychczas wspólny holding zajmujący się eksportem nawozów BKK. Akcje Urałkaliju natychmiast runęły o 24 proc., a zatem Rosjanie musieli mieć powody, by zerwać związki z sąsiadem. I mieli. Piszę o tym we wczorajszym numerze Dziennika Gazety Prawnej. Cały tekst tutaj.

Rosjanie oskarżają Białorusinów, że wbrew umowie część własnych produktów sprzedawali z pominięciem BKK. – Skoro tak, jesteśmy zmuszeni przekierować eksport na własną spółkę – oświadczył szef Urałkaliju Władisław Baumgiertnier. Niesnaski w potasowej rodzinie pojawiły się już w ubiegłym roku, gdy na świecie zaczął spadać popyt na sole potasowe. Obaj partnerzy sprzedający produkty za pośrednictwem BKK, która w sumie miała 43 proc. światowego eksportu chlorku potasu, coraz silniej postrzegali się wzajemnie jako konkurencję.

Zwłaszcza, że Rosjanie nie ustawali w wysiłkach, by Biełaruśkalij po prostu wykupić, czemu sprzeciwiał się Alaksandar Łukaszenka, stawiając chętnym zaporową cenę 35 mld dolarów. Więcej o tych staraniach, korupcyjnych propozycjach składanych przez zaprzyjaźnionych oligarchów i samej gigantycznej kopalni potasu pisałem na początku działania blogu w tekście pt. Wyprawa do podziemnego miasta. Kto nie czytał, może nadrobić zaległości.

Znany skądinąd bank inwestycyjny Morgan Stanley twierdzi, że potasowy rozwód może kosztować Białorusinów nawet kilkaset milionów jakże potrzebnych na zrefinansowanie długu dolarów. Cóż, Morgan Stanley najpewniej się myli. Po pierwsze, jeśli straci, to nie tyle przez rozwód, ile przez ogólny spadek cen soli potasowych na światowych rynkach. Zwłaszcza, że już trwają rozmowy, by przy handlu potasem współpracować z Katarem. Po drugie, zbiórka pieniędzy na potrzeby dopięcia bilansu już się zaczęła: poprzez kroczącą nieśmiało dewaluację rubla białoruskiego.

Po trzecie zaś przed kilkoma miesiącami kontrolę nad działalnością Biełaruśkaliju przejął prezydencki syn Wiktar Łukaszenka. A decyzja Rosjan była tak naprawdę formalnością po tym, jak ojciec Wiktara zdecydował w grudniu, że Biełaruśkalij równie dobrze może handlować swoimi skarbami na własną rękę. Rozpoczęte w maju rokowania wspólnej komisji ds. rozwiązywania problemów nic nie dały. Ja tu widzę trzy wyjaśnienia, niekoniecznie sprzeczne wzajemnie:

1. Naciski Rosjan na pogłębienie integracji branży potasowej lub dopuszczenie rosyjskich urzędników do białoruskiej księgowości okazały się zbyt nachalne, a tego Mińsk unika jak diabeł święconej wody;
2. Władzom białoruskim brakuje w tym roku pieniędzy na utrzymanie poparcia nomenklatury, a bezpośrednia kontrola rodziny prezydenta nad eksportem przynoszącym rocznie 2,7 mld dolarów zysku pozwala uszczknąć trochę na własne potrzeby;
3. Mińsk doszedł do wniosku, że rosyjskie kopalnie potasu stanowią dla niego konkurencję, a nie partnera.

A jakie płyną z tego wnioski dla nas? Jeszcze jeden fragmencik tekstu z DGP. Do sztambucha dla eurodyplomatów, szykujących się na odwilż w relacjach z Mińskiem:

Gdy białoruski prezydent uznaje, że dotrzymanie danego słowa będzie go kosztować utratę samodzielności, wycofuje się przy pierwszej nadarzającej się okazji (...). Gdy Łukaszenka coś obiecuje, to tylko obiecuje. Dopiero realizacja obietnicy jest czymś więcej niż tylko oznaką gry w kotka i myszkę.

Fot. Biełaruśkalij.

wtorek, 09 lipca 2013

100 tys. rubli6 lipca 2011 roku Białoruś przystąpiła do Unii Celnej, utworzonej pięć dni wcześniej przez Rosję i Kazachstan. Po dwóch latach korzyści z UC brak, za to straty są, i to znaczące. Pisaliśmy o tym z Nino Dżikija we wczorajszym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej. Na blogu – krótkie omówienie tekstu.

Przypomnijmy: UC to fundament, na którym prezydent Władimir Putin zamierza budować nową, lepszą strukturę integracyjną, czyli Unię Euroazjatycką. Moskwie brakuje jednak bodźców, które mogłyby zachęcić sąsiadów do takiej integracji. Armenię i Ukrainę kusi się co prawda tańszym gazem, ale na tym korzyści się w zasadzie kończą. Przekonała się o tym Białoruś, która w dodatku nie dostała zniżki na gaz, bo już nią dysponowała :).

Pod koniec czerwca doszło do strajku na największych białoruskich bazarach. Tak dużych manifestacji nie było tu od kryzysu walutowego przed dwoma laty. Drobni handlarze protestowali przeciwko certyfikatom, które od 1 lipca mieli obowiązkowo wyrabiać w związku z harmonizacją przepisów w ramach UC (...). Dla drobnych importerów oznacza to poważny wzrost kosztów prowadzenia biznesu.

Kupcy osiągnęli mały sukces: choć ich przywódca Anatol Szumczanka dostał pięć dni aresztu, rząd przesunął datę wprowadzenia certyfikatów na 1 listopada. Ale to niejedyne problemy miejscowego biznesu. Gdy przed rokiem Rosja weszła do Światowej Organizacji Handlu, musiała obniżyć wiele stawek celnych pobieranych na zewnętrznej granicy UC. W efekcie import stał się tańszy, a rykoszetem dostali producenci z Białorusi i Kazachstanu. Udział fabryki autobusów MAZ na rynku rosyjskim skurczył się z 13 proc. do 7 proc. Nad Świsłoczą zapasy największych fabryk tylko w tym roku wzrosły o ponad połowę (...).

Do tego drastycznie wzrosły ceny na samochody z Zachodu. Kto mógł, ten kupił sobie np. pięcioletniego volkswagena przed podwyżką ceł wwozowych i wprowadzeniem innych opłat w 2011 roku (i faktycznie gruntowną zmianę autoparku widać było na Białorusi gołym okiem). Kto przegapił okazję, ten jest skazany na łady. Więcej o skutkach wprowadzenia Unii Celnej, nie tylko dla Mińska, w tekście źródłowym.

Fot. Óðinn, Wikimedia Commons, PD-BY-exempt.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Flag Counter Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...